My się zimy nie boimy !

Zima 2011/2012 była długa i mroźna. Najtęższe sięgające w nocy blisko 30 stopni mrozy przypadły akurat na termin naszego wyjazdu, czyli pierwszą połowę lutego. Wędrowaliśmy przez środkową cześć Beskidu Niskiego oraz po drugiej stronie granicy na północy Pogórza Ondawskiego.

Warunki były takie, że trzeba było stosować tak zwane torowanie, bo śnieg sięgał nam powyżej kolan, a jeden raz już na Słowacji dosłownie potopiliśmy się w dwumetrowej zaspie na zejściu do Jedlinki. Mimo tego nikt nie opuścił nas przed czasem i cały skład dotrwał do końca wyjazdu.

Nigdy nie zapomnę szoku, jakim był dla mnie pierwszy nocleg. Było już dobrze po zmroku, gdy brodząc po kolana w śniegu, weszliśmy na jakiś mniej zadrzewiony pipant i zapadła decyzja o rozbijaniu namiotów. Ale jak to ?! - pomyślałem, będziemy się TU rozbijać ?

Otrząsnąwszy się z pierwszego wrażenia zabrałem się do rozkopywania łopatą śniegu, ale tak by pod namiotem została „poduszeczka". Potem zabrałem się za to, co lubię najbardziej - czyli rąbanie drewna.

Okazało się, że da się przeżyć w namiocie nawet w tęgi mróz. W ogóle muszę stwierdzić, że ani razu nie zmarzłem na zimówce pod namiotem. Co innego w terenie podczas przedłużającej się panoramki. Nie było takich problemów w czasie marszu, bo rozgrzewał nas intensywny ruch. Nikt nie nabawił się odmrożeń.

Jeśli chodzi o noclegi to Paweł zadecydował zrobić o jeden więcej „ciepły"  czyli w cywilizacji. Bilans noclegowy wyszedł więc 50/50.

Z lutową eskapadą wiąże się moje chyba najprzyjemniejsze wspomnienie z kursu. Otóż na ostatnim ognisku przed zejściem do mety w Dukli planowałem urządzić swoje urodziny. Jakież było moje zaskoczenie, gdy po wyjęciu czekoladek do poczęstunku w powietrze wzbił się tuman konfetti i zagrały trąbki. Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze będę obchodził urodziny w tak wspaniałej atmosferze i takich okolicznościach przyrody.

Z Beskidu wróciliśmy dumni, że dotrwaliśmy do końca i zrelaksowani po sesji.

ZdjC499cie0244Zimowka032