Wiosno, tak długo na Ciebie czekaliśmy, a ty przyszłaś taka piękna zielona, pachnąca ...

Gdy śniegi stopniały, a na drzewach pojawiły się młodziutkie zielone listki, przyszedł czas na przejście wiosenne. Dla „odświeżenia" góra zadecydowała, że pojedziemy w Bieszczady Zachodnie.  Podczas około tygodniowej wędrówki przemierzyliśmy dzikie tereny od Zagórza po okolice Cisnej. Podobnie jak na wszystkich dotychczasowych wyjazdach właściwie nie było opadów deszczu. Przełom kwietnia i maja był ekstremalnie ciepły, temperatury dobijały do około 30 stopni. Naszą kadrę stanowili: Przemek Witrowy, Michały Bekey i „Strzelec".

Wiosenne było, jest i będzie najcięższym wyjazdem na kursie. Nie inaczej było tym razem, mniej więcej gdzieś trzeciego dnia ludzie zaczęli zasypiać na każdym postoju w najdziwniejszych pozycjach. Tą „drogę krzyżową" wynagradzały nam piękne okoliczności przyrody. Ech, cóż to był za pejzaż ...

Morze młodej, intensywnej zieleni przetykane białym i żółtym kwieciem na tle porażająco błękitnego nieba. Noce z nieboskłonem usianym niedającą się ogarnąć ilością gwiazd. Nie zabrakło i zwierzyny, tej drobnej, jak salamandra czy lis oraz większej jak sarna i żubr. Dodajmy do tego cerkiewki i zagubione w Bieszczadach wsie i miasteczka, a otrzymamy obraz, który skłoniłby chyba każdego do opuszczenia tłocznego miasta i ruszenia w Karpaty.

Choć zmęczenie dawało mi się we znaki, nie marnowałem ani chwili i na każdej przerwie robiłem notatki. Spontanicznie zaczęła powstawać relacja, która obecnie „wisi" na stronie SKG.

Sił dodawały mi poranne ptasie trele, szum gotującej się w garze wody i marsz „noga w nogę" za resztą. W miarę upływu czasu czułem, że zrastam się z naturą. Coraz bardziej odzywały się pierwotne instynkty - słuch i wzrok zaczął dorównywać poziomowi naszych przodków. Czułem jak krzepnę, nawet oddychać zaczęło mi się nieco inaczej pośród karpackiej buczyny. Dodatkowym czynnikiem motywującym do działania był lekki, ale jednak stres, bo przecież to nasz pierwszy wyjazd egzaminacyjny.

Największym przeżyciem duchowym było dla mnie to, co zaszło pod cerkwią w Łopience.

Pod murami tej bielutkiej jak śnieg świątyni „Strzelec" przeczytał nam fragment powieści Zygmunta Kaczkowskiego „Mąż Szalony". Gdy na chwilę zamknąłem oczy, ujrzałem żywy obraz XVIII wiecznej Łopienki, cały jej barwny folklor oraz wieloetniczną pstrokaciznę, jaka zjeżdżała tu na odpusty. Te kilka chwil zdało mi się wiecznością, w trakcie której widziałem barwne stroje, słyszałem różne języki i czułem przeplatające się ze sobą zapachy. Obiecałem sobie wtedy, że jeszcze tu zawitam. I rzeczywiście tak się stało we wrześniu 2013 ale to już inna historia ...

Z kolei za najistotniejsze przeżycie fizyczne uznaję całodobowe manewry. Przyszło mi je odbyć z Piotrkiem. Poszło nam mówiąc najogólniej średnio na jeża między innymi, dlatego że załatwiło mnie słońce. Na wstępie, jeszcze w nocy, zaliczyliśmy sajgoniarskie zejście i przejście rzeczki na rympał - nie miałem sandałów, więc zrobiłem to na boso, nawet z kijkami mało co się nie skąpałem ! Na podejściu pod nagi szczycik Horbu dostałem chyba czegoś w rodzaju udaru słonecznego. Paść na wznak nie padłem, lecz przez kilka następnych godzin wlokłem się niemiłosiernie. Sytuacja zmieniła się późnym popołudniem, gdy odzyskawszy żwawość, spięliśmy się i z rezerwą czasową doszliśmy do ukrytej w gąszczu bazy namiotowej w Łopience, gdzie na koniec trzeba było zagotować menażkę wody. Uczyniwszy to, padliśmy jak kłody w naszych namiotach.

Niestety, jak to zwykle bywa, wszystko co dobre szybko się kończy, w tym wypadku w miejscu, gdzie Wetlinka wpada do Solinki. Na otarcie łez mieliśmy widok na Jezioro Solińskie i otaczające ją góry. To co wtedy zobaczyłem, poraziło mnie tak, że nie mogłem „odkleić" się od szyby busa mknącego do Sanoka. Butelkowo-zielona Solina, krwisto zielone góry wokół niej i soczyście niebieskie niebo z pewnością będę wspominał jeszcze na bujanym fotelu.

W Sanoku przyszła chwila prawdy. W pokoju zwierzeń każdy z nas dowiadywał się, czy zaliczył ten wyjazd. Moje prowadzenia nie były na tyle dobre, bym znalazł się w gronie szczęśliwców, ale jakoś to przeżyłem tak jak pozostali „nieszczęśnicy". Zaliczyło około połowy składu.

wiosenne3_2012.jpgwiosenne5_2012.jpg

P1370088DSCN4330

P1360927