Rumuński finał

Zgodnie z odwiecznym cyklem po wiośnie nastało lato, a wraz z nim ostatni wyjazd kursowy.

Tym razem odbył się on w Rumuni, w zachodniej części Karpat Południowych, pod batutą „Księcia". Podobnie jak na poprzednim wyjeździe i tu było nas kilkanaścioro, ale tym razem podobni jak w maju było kilkoro waletów, w tym i ja.

Inaczej niż na wszystkich pozostałych wyjazdach tutaj dopadł nas deszcz, na szczęście ostatnie 2 - 3 dni. Mimo tego budzenie się obok dryfującej menażki nie było fajne, no chyba że ktoś chciałby zgłosić nową dyscyplinę olimpijską - nurkowanie w namiocie.

Innymi wyróżnikami była wysokość i charakter gór. Beskidy są wszak o połowę niższe i właściwie nie posiadają takich skalistych grani. Dodajmy, że nie prowadzi się tam wypasu owiec czy innych zwierząt, natomiast w Rumunii jest to nagminne. No i jeszcze jedna ważna sprawa - obecność sporej liczby dzikiej zwierzyny - w tym niedźwiedzi - wymusza wystawienie wachty na zalesionym terenach.

Rumuńska eskapada obfitowała w nagłe zwroty akcji. Kontuzja kursanta wymusiła jeden dzień postoju wykorzystany na wycieczkę na lekko. Z kolei innym razem silny wiatr, który jednej z waletek porwał karimatę, skłonił nas do zejścia z grzbietu do szałasu pasterskiego. Dalsza niekorzystna zmiana pogody opóźniła spotkanie z zespołem naszych, eskortujących do cywilizacji poszkodowanego kolegę, któremu mimo pantomimicznych cudów nie udało się załatwić osiołka u pasterzy (na przeszkodzie stanęło nagłe pojawienie się ich burakowatego szefa).

Co jeszcze ? - życzliwi pasterze w górach, którzy dziwili się, po co my tu z plecakami się telepiemy, nie tak groźne jak w legendach psy pasterskie oraz piękny Siedmiogród, który dane mi było odwiedzić po raz wtóry.

Wisienką na torcie były przybierające niesamowite kształty drzewa, które ożywały każdego wieczora w blasku wąskiego kręgu tańczących płomyków ognia, chmury na niebie przybierające dziwaczne kształty i kolory.  No i oczywiście perła Transylwanii, czyli „disnejowski" zamek Macieja Korwina w Hunedoarze.

Jakie były największe przeżycia ? - warta przy ognisku z siekierą i nożem pod bokiem oraz kubkiem herbaty i notesem w garści. I ten fałszywy alarm ...

A było to tak. W tym samym miejscu tyle że parę godzin wcześniej, wróciwszy z kąpieli, zabrałem się za rąbanie drewna. Nagle usłyszałem z pobliskiego jaru donośny krzyk. Skoczyłem za przewodnikiem, tak jak stałem rozebrany do pasa z siekierą w ręce.  Okazało się, że to walet wrzasnął w wyniku ... polania zimną wodą. No i cóż, mówiąc najkrócej, nie zostałem bohaterem.

 

Tym razem wyjazd zaliczyli prawie wszyscy, "Książe" był z jego przebiegu wielce rad.

 

120719_5609e120716_5104e

120723_6184eDSCF3258

DSCF3348DSCF3320

DSCF3587

***

Po kilku miesiącach wyjazdów z kursem odważyłem się wypuścić na moją pierwszą samotną wyprawę. Po planowym rozejściu się z towarzystwem z letniego w Budapeszcie przystąpiłem do zwiedzania stolicy Wegier, a dnia następnego Słowacji. Z Bratysławy przedostałem się pod granicę z Polską i przeszedłszy Beskid Żywiecki, dotarłem do Zakopanego.

 

Zamiast zakończenia

Kurs sprawił, że nauczyłem się radzić sobie w terenie, zwiększyła się moja wytrzymałość psychiczna i fizyczna, uległa poszerzeniu wiedza krajoznawcza, ale przede wszystkim zyskałem większą pewność siebie

To właśnie tu tkwi kamień węgielny mojej obecnej samotnej wyprawy w Góry Czerchowskie i Tokajsko - Slańskie. Zapewne przed zetknięciem się ze szkoleniem SKG nie odważyłbym się na taki krok ...

 

Pisano w Budapeszcie 17 VIII 2013