Beskid Niski 2001

Fot. Michał Kalisz Była to dla mnie pierwsza kursówka w roli samodzielnego instruktora SKG, a dla moich kursantów pierwsza kursówka w ogóle. Oto kilka tych chwil, które spędziliśmy w pewien piękny listopadowy weekend. Dla mnie taki wyjazd rozpoczął się znacznie wcześniej, a mianowicie spotkaniem, które zawsze instruktor musi zorganizować przed wyjazdem. Było kilka rzeczy do omówienia i przekazania grupie. Już podczas pierwszego spotkania zauważyłem, że "moi kursanci" są trochę niezorganizowani, jak to zresztą zwykle bywa trzeba im było trochę pomóc np. z ubezpieczeniem i wiadrami. Jak się na kolejnych wyjazdach okazało tylko organizacja pierwszego wyjazdu była mniej sprawna, potem było już znacznie lepiej. Ale wracając do samej kursówki...

tyt.jpg
Z tą rzeką to wcale nie było tak źle, jakby się z początku wydawało. A wyglądało groźnie: szeroka, jak to San, na jakieś 20 m. Nurt też całkiem bystry. No i co z tego, że świeciło słońce, skoro był w końcu środek zimy... Przeszli wszyscy. Jedni szybciej, drudzy wolniej. Jedni z większym zapałem i determinacją w oczach, drudzy tylko dlatego, że nie mieli innego wyjścia. Jedni mocząc nogi tuż powyżej kolan, inni aż do majtek. Grunt, że po chwili wszyscy cali i zdrowi znaleźliśmy się na drugim brzegu. A to był dopiero początek dłuuugiego dnia. No i pierwszy dzień „zimówki".

"Jeśli wytrzymacie wiosenne, to później już was nic nie ruszy..."
Wiesiek Kaczmarczyk

tyt.jpgJuż od początku marca leitmotivem wszelkich rozmów prowadzonych między nami kursantami było PRZEJŚCIE WIOSENNE. Gdy słyszałem te słowa zimny pot spływał mi po karku, ciałem wstrząsały dreszcze, a oczy zaczynały coraz bardziej przypominać monety pięciozłotowe. Najgorszy był jednak ten głos, stawiający ciągle te same pytania: "Gdzie jesteśmy?", "Dokąd zmierzamy?", "Czy jesteś tego pewien? Zastanów się!" No dobrze, niech Wam będzie, trochę przesadzam, ale tylko trochę. W końcu nadszedł dzień wyjazdu. Niestety ostatecznie pojechało tylko sześcioro kursantów: Wariat, Afryka, Piotrek, Wojtas ("Polonista"), Bartosz ("Wielki Łojant") i piszący te słowa (styl jak w podręczniku akademickim, ha! ha!)

tyt.jpgOstatniego dnia stycznia 2003 około ósmej wieczorem przed kasami na holu Dworca Wschodniego w Warszawie zebrała się licząca osiem osób grupa młodych ludzi z plecakami i nartami biegowymi. Chwile później zwartą kolumną udali się na peron trzeci, gdzie ku ich zdziwieniu stał już uprzednio podstawiony pociąg relacji Warszawa Wschodnia - Zakopane. Brawurowym atakiem zostały zdobyte i opanowane dwa przedziały. Niestety szczupłość sił spowodowała, że do Dworca Centralnego udało się utrzymać tylko jeden z nich. Silnie się umocniwszy i zasłoniwszy okna wiszącymi o dziwo firankami, grupa pogrążyła się w śnie i w spokoju dotarła do Nowego Targu.