mctokarska1Mój pierwszy raz w górach - mam cztery lata i spędzam z rodzicami pierwsze górskie wakacje: w Porąbce w Beskidzie Małym. Góry akurat dopasowane do mojej ówczesnej skali. Odtąd będę tam jeździć co roku, aż w liceum odkryję Bieszczady, Babią Górę i inne uroki południowej Polski. Aż wreszcie, na 3 roku studiów, trafię do SKG.

W Klubie jestem zatem od 1998 roku. Jak się tu znalazłam, po co i dlaczego? Czytelnicy starych Biuletynów może pamiętają mój tekst pt.: „Ambitna i romantyczna". Dziś wydaje mi się trochę egzaltowany, ale jego główny przekaz pozostaje w mocy: przyszłam do Klubu, żeby skończyć kurs przewodnicki i stać się „dziewczyną w czerwonym polarze".

Początki były trudne. Kurs wspominam do dziś jako chyba najintensywniejsze w moim życiu doświadczenie formujące i socjalizujące:). Była to potężna dawka wszelkich możliwych pierwszych razów, a wszystkiemu towarzyszyła nieustająca trauma. Krzaki, buraki, jary, drogi bez szlaku. Wiadra z obiadem, prowadzenie na jakąś przełęcz (a co to do cholery jest przełęcz?!), namioty w śniegu, dziurawe bacówki, niesforne ogniska. Że nie wspomnę o zmaganiach z kultową mapą PPWK „Beskid Niski i Pogórze" w skali 1:125000. Miała tę zaletę, że nie widać na niej jarów, i tę wadę, że w ogóle nic na niej nie widać... dzisiejsi kursanci mają jednak za dobrze z tymi pięćdziesiątkami! Pod czułym okiem moich instruktorów (a byli nimi Paweł Staniszewski, Rafał Kasztelanic i Marcin Szymczak) i w doborowym towarzystwie współkursantów udało mi się przebrnąć przez kolejne etapy szkolenia: straszliwą zimówkę w kilowym śpiworze, niesamowite wiosenne, i letnie w Gorganach. No i już zostałam.

Niespożyta (przynajmniej na początku) energia pchała mnie po kolei do wszystkich możliwych ciał decyzyjnych - począwszy od Kierownictwa Kursu, poprzez dłuższy epizod w Zarządzie pod wodzą Zygi, Redakcję Biuletynu (pod tą samą wodzą), a nawet Komisję Rewizyjną... Na KS, której mam zaszczyt (z przerwami) od paru lat dowodzić, mam zamiar poprzestać:).

Byłam z Klubem na niezliczonych wyjazdach, kursowych i „cywilnych". Zobaczyłam wiele pięknych miejsc, a dzięki klubowym naukom te podróże miały jakieś ręce i nogi. Przeżyłam magiczne chwile, dużo się nauczyłam, o górach i o życiu.

Najważniejsze - poznałam bardzo, bardzo ważnych w moim życiu ludzi. Przyjaciół, którzy są ze mną już tyle lat. Towarzyszy górskich wędrówek i najlepszych kumpli, z którymi można się bawić do rana, śpiewać, tańczyć, grać w siatkówkę, poważnie rozmawiać, coś razem robić dla innych.

Klub jest dla mnie enklawą wolności, normalności, życzliwości. Miejscem, gdzie czuję się u siebie. Nieustającą i samonakręcającą się pasją. To już ponad 1/3 mojego życia. Nie umiem sobie już wyobrazić, jak ono by bez Klubu wyglądało, ani kim byłabym, gdybym tu kiedyś nie trafiła.

Moje ukochane góry to sercu bliski Beskid Niski. Mogę w nie jeździć bez końca. Z każdym ich zakątkiem wiążą się wspomnienia z kursówek i przejść. Klimatu BN szukałam bezskutecznie w Masywie Centralnym i na rumuńskiej Bukowinie, ale oryginał jest bezkonkurencyjny. Ciekawe, że do BN przekonałam się dopiero na kursie. Wcześniej schodziłam (po szlakach!) całe polskie Beskidy, ale fragment między Komańczą i Leluchowem zapamiętałam jako gorący i wilgotny odmęt parzącego zielska, skłębionej tarniny, błota i much. Za to na wyjazdach z SKG okazało się, że Niski w śniegu jest duuużo fajniejszy. Stąd mój niesłabnący zapał do zimówek:).

Drugie magiczne miejsce to Podwilk sam w dolinie - czyli Baza i ludzie z nią związani. W sierpniu 2 tygodnie w Podwilku należą się jak psu miska, jak woda i tlen. Plus obowiązkowo rozkładanie i składanie Bazy. Na to czekam cały rok.

I trzeci ważny skrawek świata to Gorgany. Moje pierwsze prawdziwe góry. W 2008 roku na letnim XXVII kursu odwiedziłam je po latach. Dalej są tak samo piękne, zagadkowe i wymagające.

Co lubię w górach? Góry i to, czego od nas wymagają, czyli wysiłek i pokorę. Lubię się zmęczyć, sponiewierać, łazić ileś tam godzin z ciężkim worem, w śniegu, błocie, krzaku. Dlatego oprócz zimówek cenię sobie wiosenne. Lubię bezludne zakątki, im większy krzol tym lepiej. Lubię zagadki topograficzne, pokręcone grzbieciki, pozornie nieodnajdywalne przełęcze, zdradzieckie jary. Lubię samotność w górach, w listopadzie i w lutym, kiedy oprócz kursu nikogo tam nie ma. Lubię to, że w górach redukujemy się do komunikatów: zimno/gorąco, spać, jeść, „pić! - nie ma..." Lubię patrzeć na światełka wsi w dolince, kiedy my wchodzimy do ciemnego lasu, gdzieś na przełączce rozstawiamy namioty, żeby stworzyć z niczego nasz własny mały kosmos, oswoić kawałek gór. Lubię zadziorne fragmenty Beskidu Niskiego, kiedy łagodnym podejściem niespodziewanie wychodzimy na wąski grzbiet, znikąd pojawia się wiatr, nad głowami mamy gwiazdy, a pod nogami kamienie.

Największą frajdę dają mi wyjazdy kursowe, bo są intensywne, uporządkowane, pełne niezwykłych emocji. Lubię uczyć ludzi tego, co sama umiem i patrzeć, jak coraz lepiej sobie radzą, jak rozkminiają skomplikowany temat „mapa, grupa, kompas". Dlatego tak bardzo chciałam być instruktorem i dlatego ciągle mnie to bawi.

Czasem lubię po prostu ładny widoczek, łąkę, leżenie do góry brzuchem na słoneczku, lenistwo w Łopience. Piękne cerkiewki, „krzyże w kępie drzew"; mądrości Rewasza, które jakoś przez osmozę w końcu wchodzą do głowy. Za serce chwytają mnie opuszczone dolinki Niskiego, przydrożne figurki, zarośnięte ogrody i owocowe drzewa w środku lasu.

Jeżdżę w góry, żeby poczuć, że żyję. Po energię, oddech i tę specjalną bliskość, jaka rodzi się między ludźmi tylko tam.