×

Ostrzeżenie

JFolder::pliki: Ścieżka nie jest folderem. Ścieżka: /home/misc/skg/public_html/images/galerie/wyprawy/gruzja2005.
×

Uwaga

There was a problem rendering your image gallery. Please make sure that the folder you are using in the Simple Image Gallery plugin tags exists and contains valid image files. The plugin could not locate the folder: images/galerie/wyprawy/gruzja2005

Spis treści

13m.jpgWe wczesnej fazie planowania wyjazdu kształtuje się cel. Początkowo nierealny i odległy, z czasem przybiera rzeczywistą postać. Tak było i tym razem. Myśl o odwiedzeniu Gruzji nawiedzała mnie od zeszłych wakacji, a kiedy tylko znalazłam towarzyszy podróży pomysł udało się wcielić w życie.

O Gruzji wiele wcześniej przeczytałam i wysłuchałam, jednak dopiero pobyt tam sprawił, że dotarły do mnie wszystkie wcześniej zgromadzone informacje. Gruzja to niesamowite miejsce, dzięki ludziom, którzy tam żyją jedzie się nie tyle do odległego kraju, ile do ludzi, tak bliskich, jakby byli sąsiadami, czasem nawet bliższych.

Fakt położenia danego kraju na danym kontynencie jest zazwyczaj oczywisty, raczej nie mamy problemów z przyporządkowaniem, a gdyby tak się zastanowić, gdyby ktoś Ci postawił drogi czytelniku pytanie gdzie leży Gruzja, to co byś odpowiedział? W różnych miejscach różne się znajduje na to pytanie odpowiedzi. Na wielu mapach Gruzja przedstawiana jest jako państwo azjatyckie. Sami Gruzini bliżsi są kulturowo Europie, za Europejczyków też się uważają, jednak określenie kraju jedną z Republik Zakaukaskich pasuje najlepiej.

Z Kim

09m.jpgTwój towarzysz podróży musi być na tyle cierpliwy i elastyczny, żeby przy kolejnej nieoczekiwanej zmianie planu nie powiedział "dość";. W Gruzji planowanie należy traktować jako czynność pomocniczą w podróżowaniu, a nie nadrzędną bo nigdy nie wiadomo, gdzie się dojedzie, a gruzińskie pojmowanie czasu traktować należy z przymrużeniem oka rano może oznaczać godzinę 15, a dziś bardzo łatwo przechodzi w jutro. Bardzo przydaje się też mocna głowa.
Fakt, że pojechałam właśnie z Piotrkiem i Jarkiem jak wiele zdarzeń, które spotkały nas podczas podróży był przypadkowy. Dobraliśmy się jednak idealnie, a wspomniane wyżej kryteria kwalifikujące do podróżowania po Gruzji uzupełnialiśmy w sobie wzajemnie.

Dojechać

Można oczywiście wsiąść w samolot w Warszawie i wysiąść na lotnisku w Tbilisi, jak robi to zdecydowana większość z coraz liczniej odwiedzających Gruzję turystów. Można, ale wtedy wszystkie kraje, dzielące Polskę i Gruzję gdzieś umykają. Dlatego my wybraliśmy opcję najdłuższą, a jednocześnie taką, która pozwoli nam odczuć kilometry dzielące nas od kraju docelowego.

Warszawa/ Ostróda Przemyśl Medyka Mościska 2 Czerniowce Suczawa Bukareszt Giurgiu Ruse Kapitan Andreevo Istambuł Uyun Rize Hopa Sarpi

02m.jpgCała trasa była zaplanowana w możliwie najdokładniejszych szczegółach, łącznie z godzinami odjazdów pociągów z rumuńskich dworców, jednak plan został poddany weryfikacji już w Suczawie, gdzie oczekiwanie na pociąg do Jassów przerwało pojawienie się autobusu z napisem Istambuł. Lekka konsternacja, chwila wahania, błyskawicznie podjęta decyzja i już siedzieliśmy w klimatyzowanym autobusie, dzięki czemu zyskaliśmy dobę, przy praktycznie niezmienionych kosztach.
Z autobusu wysiedliśmy o 4 rano, na jednej z takich ulic, na których ruch nie zamiera nawet nocą. Czuliśmy się obco, w obcym mieście, w którym mówi się obcym językiem, w którym nawet nad ranem jest niemiłosiernie gorąco. Obrany przypadkowo kierunek wędrówki okazał się trafny i szybko dotarliśmy do parku między Błękitnym Meczetem i Hagią Sofią. Usiedliśmy na wciąż pogrążonych w ciemnościach ławkach w oczekiwaniu na świt. O 5 ciszę przerwał śpiew muezina, właściwie śpiewy, które w jednej chwili zaczęły do nas dochodzić ze wszystkich stron i przypominać, gdzie jesteśmy. Potem znowu zapadła martwa cisza, choć ciemność powoli jaśniała.

W Istambule spędziliśmy dwa dni, snując się zatłoczonymi ulicami, gdzie tłum sprzedawców miesza się z tłumem kupujących i spacerujących. Chłonęliśmy orientalizm miasta wraz z dochodzącymi z wszechobecnych knajpek zapachami i turecką muzyką. Muzyka może się podobać lub nie, ale nie jest muzyką zachodu, która towarzyszyła nam w podróży przez Rumunię i Bułgarię.
Esencję Turcji poznaje się dopiero na Wielkim Bazarze ogromnym, zadaszonym targowisku. Już w progach wita nas tłum ludzi sklepów, obwieszonych najróżniejszymi produktami małych handlarzy, próbujących sprzedać cokolwiek zachodnim turystom. Wewnątrz atmosfera wygląda podobnie, kolorowe pamiątki, oświetlone różnobarwnym światłem ze sprzedawanych szklanych lampek zdają się zapełniać sobą całą przestrzeń. Wszystko zdaje się dynamicznie poruszać, żyje własnym życiem. Kolejno wchodzimy w uliczki dywanów, złota, ubrań, restauracyjek. Z każdego stoiska wychodzi uśmiechnięty Turek i zachęca do zajrzenia choćby na chwilę po pewnym czasie te zaproszenia stały się dla nas irytujące, a ciągłe pozdrowienia w stylu "Hi, how are you?";, "Where are you from?"; zaczęły męczyć.

Istambuł jest miastem ogromnym, co widać najlepiej, gdy się z niego wyjeżdża. Autobus jechał i jechał, a za oknami wciąż widzieliśmy miejskie zabudowania.
Cokolwiek mówi się o łapaniu stopa w Turcji nie ma wątpliwości, że dziewczynie jest dużo łatwiej zatrzymać samochód. Kiedy w Uyun (mnie więcej w połowie drogi do Gruzji), stanęłam na drodze i zamachałam zatrzymywał się co drugi samochód, czasem tylko po to, aby zamienić kilka słów. Kiedy natomiast mówiłam, że nie jestem sama i wskazywałam dwóch, siedzących w cieniu kolegów z dużymi plecakami, kierowcy przecząco kręcili głowami.
W Turcji największą przeszkodą był dla nas język. Tureckiego nie znaliśmy zupełnie, a kilka słów i zwrotów, które zmyślny autor przewodnika po Istambule zawarł w swoim dziele nie wystarczało, aby powiedzieć wszystko, na co mieliśmy ochotę. Jak się jednak okazało można radzić sobie bez słów. Piotrek, głównie za pomocą języka migowego ulokował nas w najlepszym z hoteli remontowanej łodzi, nieopodal skleconych z desek rybackich chat nad brzegiem morza; z najlepszymi kompanami tureckimi rybakami. Kiedy dojeżdżaliśmy z Jarkiem do Rize zmierzchało już, a błyszczące światła portu wyznaczały linię brzegu. Wiedzieliśmy, że gdzieś tam czeka na nas Piotrek.
Rybacy zgotowali nam prawdziwą rybacką ucztę z górą smażonych rybek i soczystych tureckich owoców. Noc stawała się coraz późniejsza, a my wciąż siedzieliśmy razem z naszymi tureckimi gospodarzami wypijając kolejne kieliszki tureckiej raki i polskiej żubrówki. Szybko zorientowaliśmy się też, że bariera językowa cudownie znikła i rozmawialiśmy nowym językiem mieszaniną tureckiego, rosyjskiego i polskiego.
Szybko wstać i ruszać dalej, czy płynąć z rybakami na morze taki dylemat pojawił się rano, a kiedy podziwialiśmy Rize z perspektywy morza ani trochę nie żałowaliśmy swojej decyzji. Tym bardziej, że pofalowana woda Morza Czarnego jest tak ciepła i tak dobrze się w niej pływa
Rybak pokazywał nam każdą wyłowioną sztukę, przy większości wskazywał na kolce i powtarzał "doktor";. Wtedy jego palec błyskawicznie odskakiwał a wzrok kierował się ku nam w poszukiwaniu zrozumienia. Było nam żal opuszczać tak dobrych ludzi, ale jednocześnie czuliśmy nieodpartą chęć pojechania dalej, a Gruzja stała się niemalże mitycznym celem.
Przekroczyć granicę pieszo znaczy wejść dosłownie do innego kraju. Kiedy weszliśmy do Gruzji poczuliśmy się trochę jak w domu. Z jednej strony wiedzieliśmy, że oto dotarliśmy do celu, z drugiej zdawaliśmy sobie sprawę, że to dopiero początek, a najciekawsze dopiero ma nadejść.
Sarpi to przygraniczna mała miejscowość, której mieszkańcy trudnią się głównie przygranicznym handlem. Dlatego też po obu stronach granic z łatwością dało się zaobserwować zbite grupki kobiet i mężczyzn z dużymi wypakowanymi po brzegi torbami. Samo przekraczanie granicy odbywa się jednak w spokoju, nie ma tu przepychanek ani słownych ani fizycznych jak na polsko ukraińskim przejściu Medyka Szegini.