×

Ostrzeżenie

JFolder::pliki: Ścieżka nie jest folderem. Ścieżka: /home/misc/skg/public_html/images/galerie/wyprawy/gruzja2005.
×

Uwaga

There was a problem rendering your image gallery. Please make sure that the folder you are using in the Simple Image Gallery plugin tags exists and contains valid image files. The plugin could not locate the folder: images/galerie/wyprawy/gruzja2005

Spis treści

Zwiedzanie

Ale Gruzja to nie tylko stół, żeby nie powiedzieć, że to przede wszystkim nie stół choć mogłoby się tak na pierwszy rzut oka wydawać. Gruzini opiekowali się nami bardzo troskliwie, a kiedy nie mogli z nami jechać odprowadzali nas na przystanek, wsadzali do marszrutek i pokazywali się kierowcy, żeby ten wiedział, że nie jesteśmy jakimiś tam turystami, tylko turystami przyprowadzonymi przez Gruzinów.

Podróż po gruzińskich drogach już sama w sobie jest przeżyciem, niezależnie czy jedziemy samochodem czy marszrutką. Drogi są dziurawe, ale bardzo szerokie, dzięki temu pojazdy pokonują trasy slalomowe, klucząc między wszechobecnymi wybojami. Czasem dochodzi do paradoksalnych sytuacji, że samochód jadący po prawej stronie zapędził się w slalomie na lewą, a ten jadący w przeciwnym kierunku na prawą mijają się więc jakby nigdy nic tylko że w angielskim stylu. Najlepszą metodą w takich sytuacjach jest nie patrzeć przed siebie i całkowicie zaufać kierowcy. Gruzja to kraj monastyrów. To praktycznie jedyni świadkowie gruzińskiej zamierzchłej historii. Masywne budowle noszą ślady świetności i klęsk. To właśnie zwiedzając monastyry najczęściej słuchaliśmy wyjątków z gruzińskiej historii i opowieści o gruzińskich władcach.

Centralna część monastyru w Gelati Katedra Najświętszej Marii Panny została zbudowana w XI wieku przez Dawida Budowniczego ("Stroiciela";). Sam król Dawid uważany jest za jednego ze znamienitszych władców, dzięki któremu Gruzja stała się potęgą i jako silne państwo wkroczyła w XII Złoty Wiek kultury. Król Dawid doskonale wiedział jak ważną jest osobą, dlatego polecił pochowanie się w centralnej części specjalnie wybudowanej bramy wejściowej, tak aby chodzący do kościoła ludzie nigdy nie zapomnieli o władcy. Monastyr zachwyca tym bardziej, gdy uświadamiamy sobie jak wiele spotykało go nieszczęść zarówno ze strony natury był niszczony trzęsieniami ziemi, jak i ludzi wielokrotnie cierpiał podczas najazdów. Z zewnątrz bryła świątyni jest masywna, wielkie bloki piaskowca sprawiają wrażenie ułożonych bezładnie, jednak układają się w charakterystyczny, niepowtarzalny wzór. Ta masywność kontrastuje z panującą wewnątrz jasnością, tak rzadko spotykaną w monastyrach.
O nietypowości monastyru w Motsamecie decyduje jego położenie. Świątynia stoi na skraju stromego klifu a roztaczający się widok na przełom dopływu rzeki Rioni zatyka dech w piersiach.
Ogromne wrażenie nie tylko swoimi rozmiarami robi położona w granicach miasta Katedra Bagrat. Mimo że dachu jest pozbawiona od czterech wieków dumnie góruje nad miastem, a nowoczesne ikony powieszone w odkrytych wnętrzach świadczą o jej bezustannym przeznaczeniu na miejsce spotkań z Bogiem. Katedra Bagrat jest wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Również niedaleko Kutaisi leży rezerwat Sataplia, gdzie podziwiać można niezwykłe formy jaskiniowe oraz odciski dinozaurów na stoku. Jaskinia zachwyciła nas nie tyle formami, co panującym wewnątrz chłodem. Temperatura niższa od tej panującej na zewnątrz o około 20 stopni pozwoliła na czas zwiedzania poczuć się normalnie. Za to powrót na powierzchnię był iście traumatycznym przeżyciem. Spodziewaliśmy się dużej różnicy, ale nie oczekiwaliśmy, że wychodząc poczujemy się jak w piekarniku, takie bowiem było pierwsze skojarzenie w momencie zetknięcia z gorącym powietrzem.
Vani. Miejsce, gdzie odkrywano skarby starożytnej Kolchidy, dziś jest zapomnianym, małym miasteczkiem, do którego droga jest wyboista i tylko miejscami pokryta asfaltem. Droga, którą na równych prawach użytkują ludzie, samochody, kury, kaczki, krowy, świnie Dotarliśmy do Vani już po godzinach otwarcia muzeum przechowującego wykopane skarby, jednak widząc nas opiekunowi ochoczo otworzyli drzwi i zaprosili do środka. Byliśmy chyba jedynymi turystami odwiedzającymi to miejsce od dłuższego czasu, gdyż postawiliśmy na równe nogi urzędujące w muzeum osoby. Mało tego zarówno przewodnik jak i strażnik z zainteresowaniem kroczyli za nami i oglądali zawartość lekko przykurzonych, oświetlonych słabym światłem gablot. Nie bardzo rozumieliśmy tylko po co strażnikowi kałasznikow

Kutaisi jest drugim co do wielkości miastem Gruzji i liczy sobie 240 000 mieszkańców. Powstało jako stolica starożytnej Kolchidy w XVII wieku przed Chrystusem. Kutaisi przez dwa wieki panowania tureckiego było stolicą Gruzji. Dziś mało się tu zachowało z dawnej świetności. Straszą dziurawe ulice i sypiące się kamienice, a przepływająca przez środek miasta rzeka Rioni niesie tyle samo wody co brudu. Ale mimo to można doszukać się aspektów przyjaznych jak choćby położony w centrum park miejski, gdzie na ławkach spotykają się ludzie wszystkich pokoleń i odpoczywają w cieniu drzew i przy kojącym szumie fontann. Przy ulicach posadowione są małe zakładziki zawodów u nas ginących a tu prosperujący całkiem nieźle, znajdziemy więc szewca, zegarmistrza, krawca i innych rzemieślników, którzy zrobią lub naprawią domowe sprzęty. Najintensywniej życie toczy się na bazarach, gdzie tłumek ludzi przepycha się wąskimi przejściami, wszyscy przekrzykują się, a każdy szuka czegoś dla siebie. Smutne jest że gruzińskim specjałem jest tu tylko jedzenie, pozostałe rzeczy, które można kupić na bazarach to tanie plastikowe podróbki, głównie z napisem "made in China";.

Borjomi

06m.jpgBorjomi jest położonym w górskim otoczeniu miasteczku uzdrowiskowym, skąd czerpie się wodę o tej samej nazwie. Gdzieś przeczytałam, że kto spróbuje wody Borjomi musi ją pokochać, albo znienawidzić. Ja może nie byłabym aż tak radykalna w swoich sądach, ale przyznam że ostry smak gazowanej wody Borjomi nie przypadł mi do gustu, zresztą nie byłam w tym spostrzeżeniu osamotniona. Co innego natomiast woda niegazowana, która nie miała w sobie nic z nieznośnego smaku.
Borjomi to jednocześnie ostoja czasów komunizmu jak i miejsce gdzie powoli wkracza cywilizacja zachodu. Socjalistyczne bloki pudełka z odpadającym tynkiem sąsiadują z nowootwartym kolorowym parkiem miejskim. Właśnie - kolorowym. Wszystko co do tej pory widzieliśmy było szare, zniszczone i wyblakłe, a to miejsce wprost porażało swoimi jaskrawymi kolorami. Zaraz przy wejściu do parku stoi tablica informująca, że zaledwie tydzień przed naszym przybyciem park uroczyście otworzyli prezydenci Saakaszwili i Juszczenko. Kiedy odszukaliśmy drugą tablicę informującą że na terenie parku znajduje się Centrum Informacyjne, gdzie można kupić mapy, a teren wokół jest oszlakowany wyruszyliśmy pełni optymizmu na poszukiwania. Nikt jednak nie potrafił nam pomóc, ani bileter, ani strażnicy nie słyszeli nic o Centrum Informacyjnym. W końcu jakiś dobry człowiek wskazał nam remontowany budynek jako siedzibę Dyrekcji Parku i prawdopodobnie Centrum. Kiedy zapytaliśmy o mapy wewnątrz, zapanowała konsternacja, zaczęliśmy się zastanawiać, czy może rzeczywiście nie pytamy o rzeczy nierealne, niedostępne, nieistniejące na to wskazywałaby reakcja pytanych osób. Mapy otaczających Borjomi gór nie istniały podobnie jak Centrum Informacyjne.

Gori tam urodził się Stalin

07m.jpgMarszrutkami podróżowaliśmy już tyle razy, że powinniśmy się przyzwyczaić do wszystkiego, co się z nimi wiąże, jednak tym razem dystans do pokonania był tak duży, że po raz kolejny nasza cierpliwość poniosła porażkę. Dodatkowo cierpieliśmy na brak wody jedyny sklep oferował jedynie wodę Borjomi gazowaną, a kupiona przez Piotrka imitacja napoju gruszkowego nie nadawała się do picia.
Marszrutka zostawiła nas 4 km od Gori na głównej drodze łączącej Kutaisi i Tbilisi. Stamtąd taksówką pojechaliśmy do samego miasta. Taksówkarz od razu zaoferował obwiezienie nas po mieście i okolicach na pewno taniej niż zaoferują inni tak przynajmniej twierdził.
Zostawiliśmy bagaże w remontowanym, ale dzięki temu najtańszym hotelu w Gori i pojechaliśmy do skalnego miasta Uplistiche. W Gruzji są trzy znaczące skalne miasta: najsłynniejsze znajduje się w Vardzi, kolejne w David Gerej, a trzecie właśnie w Uplistiche. Miasto swoją świetność przeżywało do V wieku przed naszą erą, kiedy to wiódł przez nie Jedwabny Szlak. Teraz podziwiać można wykute w skale ulice i budowle użyteczności publicznej zniszczone już trochę przez siły natury wodę i wiatr. Nadopiekuńczy obecni właściciele miasta chcąc zadbać o zniszczone elementy konstrukcji wzmocnili je niepasującymi do całości betonowymi słupami. Z daleka imitacja nie jest widoczna, natomiast z bliska wyjątkowo razi. W Uplistiche daje się odczuć senną atmosferę wymarłego miasta. Na rozgrzanych słońcem piaskowcach wygrzewają się jaszczurki, które umykają spłoszone pojawiającymi się od czasu do czasu grupkami turystów. W pobliżu wartkim nurtem płynie rzeka Kura przez Gruzinów nazywana Mtkvari. Zwinna taksówka naszego gruzińskiego kierowcy znakomicie radziła sobie na krętych górskich drogach okolic Gori. Widoki co chwila zapierały dech w piersiach zwłaszcza, że słońce nie grzało już tak mocno, a światło z jaskrawego stało się ciepłe. Kierowca praktycznie nie przestawał mówić, a opowiadał o wszystkim począwszy od mijanych obiektów, a skończywszy na polityce. Po drodze do monastyru Ateni Sioni minęliśmy kilka innych usytuowanych na zboczach. Ich rola była ściśle określona, ponieważ tworzyły swoisty system ostrzegania, kiedy Turcy napadali na terytorium Gruzji, zapalane w kolejnych monastyrach światła sygnalizowały niebezpieczeństwo. Wówczas Tbilisi mogło przygotować się do odparcia ataku. Inną sprawą jest sama lokalizacja monastyrów na stromych, niedostępnych wzniesieniach.
Monastyr Ateni Sioni w znacznej części zasłonięty był rusztowaniami, nie przeszkodziło to jednak w dostrzeżeniu jego piękna. A piękno tkwi w prostocie, gdyż bryła świątyni nie ma żadnych zbędnych elementów nad to, co potrzeba, aby skryć święte wnętrze. Z zewnątrz czerwony od czerwonego piaskowca, w środku niesamowicie ciemny. Dodatkowo jedna ze ścian umożliwia komunikowanie się stojących po przeciwnych stronach pomieszczenia osób szeptem. Ktoś stojący obok nie jest w stanie usłyszeć tego, co usłyszy osoba przykładająca ucho do ściany. Samo Gori zachwyca różnorodnością i bogactwem wszechobecnych drutów, kabli i rur. Druty niczym pajęcza sieć tworzą nad ulicami tunel i łączą domy. Druty tworzą kilka poziomów, które czasem przenikają się i przecinają. Gdzie tylko są domy i słupy tam są też druty. Z tej nietypowej sieci niczym wyspa wyłania się wzgórze z ruinami fortyfikacji z połowy pierwszego wieku przed naszą erą. Chwilę wspinaczki stromym zboczem wynagradza widok na bliższą i dalszą okolicę.
Jednak tym, co decyduje o popularności Gori jest zlokalizowane w centrum miasteczka muzeum Stalina. Nieprzypadkowo tu właśnie Gori jest bowiem miastem położonym najbliżej wioski, w której się urodził. Przed budynkiem muzeum stoi specjalnie przeniesiony i obudowany dom rodzinny Stalina. Dach obudowy jest przeszklony a część frontową stanowią kolumny. Całość przypomina trochę Grób Nieznanego Żołnierza Po tym wstępie na zwiedzających czeka już sama esencja stalinowskich pamiątek zlokalizowana w majestatycznym gmachu muzeum. Wystawy znajdują się na piętrze, na które wchodzimy przykrytym czerwonym dywanem schodami. Przechodzimy przez kolejne sale, w których zebrano przedmioty z różnych lat życia Stalina. Poznajemy więc kolejno jego młodość i poszczególne etapy kariery. Próżno natomiast szukać informacji o rzeczach niechlubnych wystawa jest przygotowana w sposób jednostronny. Zamiast tego podziwiać możemy oryginalne wiersze, które pisał jako młodzieniec i różnorodne pamiątki, które ofiarowali Stalinowi wielcy tego świata. Znajdziemy wśród nich chińską porcelanę, ręcznie tkane dywany, nocne lampki większość z tych przedmiotów ozdabia podobizna wodza. Ostatnim etapem jest zwiedzenie stojącego na zewnątrz pancernego wagonu, w którym Stalin podróżował. Wnętrze robi wrażenie nawet teraz, kiedy telewizja raczy nas widokami luksusowych pomieszczeń i pojazdów. Wagon miał oddzielne pomieszczenia na spotkania, rozmowy, posiłki, sen Dworzec autobusowy, gdzie czekaliśmy na transport do Tbilisi to miejsce, gdzie z pozoru nie dzieje się nic, a w rzeczywistości co chwila coś przykuwa uwagę. Choćby rzeka Kura. Nie przepływa leniwie przez miasto, ale wartkim nurtem pokonuje skalne występy. Woda kotłuje się i pieni. Co chwila dostrzec w niej można poruszające się obiekty niestety są to śmieci. Rzeka stanowi bowiem idealne miejsce wyrzucania odpadków woda zabierze wszystko i nie trzeba się będzie martwić co zrobić z zalegającym śmietniskiem. Tuż obok dworca stoi Hotel Kolmeura a właściwie budynek, który kiedyś był hotelem. Dziś z okien zwisają wystrzępione ubrania, a szyby zastąpiono kawałkami folii. Straszy odpadający tynk i zardzewiałe konstrukcje. Niegdysiejszy hotel stał się tymczasowym domem dla uchodźców z pogrążonej w wojnie Abchazji. Okolice hotelu to właśnie środek dworca autobusowego, gdzie co chwila pojazdy przyjeżdżają i odjeżdżają. Dookoła zdezelowanych autobusów kręcą się ludzie. Większość z nich coś sprzedaje, część powoli zajmuje miejsca w pojazdach, natomiast kierowcy w oczekiwaniu na komplet pasażerów w spokoju wypalają kolejne papierosy. Całości tego widoku dopełnia bazar. Jego bliskość sprawia, że między autobusami przeciskają się ludzie z wózkami wypełnionymi arbuzami, tacami załadowanymi chaczepuri lub pchający prozaiczne taczki z niesamowitą wieżą z krzeseł. Wszystko tu żyje, a pozorna bezładność ma swój cel. Jednocześnie nikt się nigdzie nie spieszy. Ludzie zatrzymują się, aby zamienić kilka słów i podążają dalej.
Perspektywa podróży autobusem wydała nam się bardzo interesująca. Fakt przebywania w miejscu przestronnym, przewiewnym, w miejscu które nie jest marszrutką sprawił że z chęcią zajęliśmy miejsca w pojeździe. Miał on tylko tę jedną wadę, że przyklejaliśmy się do siedzeń z tworzywa imitującego skórę. Lekko zwilżone siedzenia wydzielały natomiast cały arsenał gromadzonego przez lata brudu, który już nie był tak przyjemny.