×

Ostrzeżenie

JFolder::pliki: Ścieżka nie jest folderem. Ścieżka: /home/misc/skg/public_html/images/galerie/wyprawy/gruzja2005.
×

Uwaga

There was a problem rendering your image gallery. Please make sure that the folder you are using in the Simple Image Gallery plugin tags exists and contains valid image files. The plugin could not locate the folder: images/galerie/wyprawy/gruzja2005

Spis treści

Poti w gruzińskim porcie

11m.jpgKiedy zajechaliśmy do Poti, słońce grzało jeszcze całkiem silnie, ale godziny były już popołudniowe. Wiedzieliśmy, że czasu na znalezienie spania zostało nam niewiele, a dodatkowo zatroszczyć musieliśmy się także o transport powrotny do domu. Po kilku zaledwie wskazówkach, otrzymanych od uczynnych przechodniów znaleźliśmy biuro jednej z firm, prowadzącej sprzedaż biletów na rejsy statkami przez Morze Czarne. O ile z zewnątrz wyglądało ono nawet nowocześnie, o tyle po przekroczeniu progu w magiczny sposób przenosiliśmy się jakieś 50 lat wstecz. Wnętrza od wielu lat nie zaznały zmian, a w kątach piętrzyły się sterty niezwykle pożółkłej dokumentacji. Cena biletu do Odessy 150 $ wydała nam się nieco wygórowana, dlatego zapytaliśmy naszego niezbyt rozgarniętego rozmówcę, czy naprawdę nie istnieje możliwość znalezienia czegoś tańszego. Ten nie powiedział ani tak, ani nie, zaprowadził nas do obszernego gabinetu i polecił usiąść na sprężynującej kanapie; sam zaś zajął miejsce za biurkiem. Co i raz wystukiwał coś na klawiaturze i z zainteresowaniem śledził pojawiające się na ekranie monitora komunikaty, po czym wykonywał telefony wysokiej wagi. Po 15 minutach stwierdziłam, że wyskoczę po Colę i zostawiłam Piotrka na posterunku. Po pół godzinie sytuacja nie zmieniła się, dlatego zgodnie stwierdziliśmy, że czym prędzej należy rozejrzeć się za spaniem i już może nie tak zgodnie ustaliliśmy, że będzie to moje zadanie. Krótkie zastanowienie i już wiedziałam, że najwięcej zdziałam w porcie. Stanęłam na środku placu, zaczęłam rozglądać się z zaciekawieniem i czekałam na to, co się stanie. Nie trwało to długo. Zaraz zjawił się bowiem "portowy ludek"; niewysoki, opalony, bez większości zębów, za to promiennie uśmiechnięty:
Czego tutaj szukasz dziewczynko? zapytał troskliwie
Szukam miejsca, gdzie mogłabym się przespać odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Na to stwierdzenie oczy portowego ludka rozjaśniło nieziemskie światło.
Możesz spać u mnie
No tak, tylko, że ze mną jest jeszcze dwóch chłopaków.
Mimo tej drastycznej prawdy, uśmiech nie zszedł z twarzy mojego rozmówcy, po chwili dodałam, że mamy ze sobą namiot i że właściwie to szukamy miejsca, gdzie możnaby go rozbić. Nie ma problemu, przyprowadź kolegów, ja tu będę i na pewno was zauważę. Odetchnęłam z ulgą, nie przypuszczałam, że pójdzie tak błyskawicznie, choć z drugiej strony zaczęłam, się zastanawiać, czy wszystko nie poszło zbyt łatwo i co z tego może wyniknąć. Żeby rozwiać swoje wątpliwości podeszłam do pani sprzedającej ziarna słonecznika i zapytałam, czy "portowy ludek"; to dobry człowiek. Dowiedziałam, się, że absolutnie nie mam powodów do obaw. Po chwili namysłu pani zapytała:

U ciebie jest mama?
Tak.
A tata?
Tak.
A brat?
Tak.
A mieszkacie razem?
Tak.
I oni ciebie wypuścili tak samą?
tak

Wtedy po raz kolejny uświadomiłam sobie, jak silnie zakorzeniony jest w gruzińskiej kulturze podział ról męskich i żeńskich. Nie do pomyślenia jest, aby dziewczynie wpadł do głowy pomysł samotnej podróży gdziekolwiek. Całe szczęście miałam ze sobą Piotrka i Jarka, którzy odbierani byli jak moi opiekunowie. Gdyby ich nie było, obawiam się, że ludzie mogliby mnie tutaj źle odbierać, czasem nawet złowrogo. Jednym z pierwszych pytań, jakie kierowane do mnie, kiedy pojawialiśmy się gdzieś we trójkę bardzo często było, który z moich towarzyszy jest moim mężem. Kiedy bez namysłu, zgodnie z prawdą odpowiadałam, że żaden kobiety z zachęcającym uśmiechem zaczynały snuć opowieści o swoich niezwykle atrakcyjnych synach kawalerach. Podczas, gdy ja prowadziłam pertraktacje portowe, nieopodal w biurze sprzedaży biletów Piotrek cierpliwie czekał na rozwój wydarzeń. Czekał i czekał, gdy wreszcie minęła godzina pracy pracownika biura dowiedział się, że bilety kosztują 150 $ i nie mogą kosztować mniej. Doszliśmy do wniosku, że damy sobie spokój z rejsem przez Morze Czarne choć perspektywa wypoczynku na leżakach i sączenia chłodnego koktajlu kusiła. Udaliśmy się jednak oglądać miejsce wyszukane nam przez "portowego ludka";. Ten, wypatrzył nas zgodnie z obietnicą, w chwili gdy tylko weszliśmy na plac i zaprowadził za okalający placyk płot. Pokazał na porośnięty trawą skrawek i powiedział, że możemy rozbić się w ty miejscu. Chyba wszystkim w tym momencie zrobiło się głupio mi, ze zaprowadziłam chłopaków w takie miejsce, chłopakom, że zostali w takie miejsce zaprowadzeni, a portowemu ludkowi, chyba też, bo zaraz dodał, ze ma coś lepszego, jeśli nie przeszkadza nam spanie na statku. Poszliśmy w kierunku gigantycznego, w dużym stopniu zardzewiałego statku handlowego kilka przywołujących okrzyków sprawiło, że zza burty wyjrzała ku nam brodata twarz bosmana. Jej surowy wyraz nie wróżył dobrze, ale jak się okazało, bosman zgodził się przenocować nas na pokładzie swojego unieruchomionego na wodzie statku. Wspięliśmy się po stromej drabince, przywitaliśmy z dwuosobową załogą, złożoną z bosmana i jego syna, zostawiliśmy na statku rzeczy, sami zaś poszliśmy na zakupy perspektywa wieczoru z marynarzami wydała nam się zobowiązująca. Kiedy wróciliśmy akcja potoczyła się sama, wspólna kolacja, wspólne picie, w stopniu, który odrobinę przekroczył nasze przypuszczenia co i raz dochodzili do nas nowi goście, z których każdy przynosił coś, czego nie można było nie spróbować. W efekcie znowu upiekło się tylko mi, oczywiście z racji bycia dziewczyną. Poranek był trudny, nie przeszkodziło mi to jednak wstać wcześnie i uchwycić nieśmiało pełzające po pokładzie promienie porannego słońca. Z chłopakami było odrobinę gorzej i nawet kąpiel w morzu nie uleczyła tego, co zdziałał wczorajszy wieczór. Ta chwilowa niedyspozycja przedłużyła nasz pobyt na statku i dopiero po południu udało nam się zebrać w stopniu umożliwiającym wyruszenie.

Batumi Sarpi Istambuł Jassy Suczawa Czerniowce Lwów Przemyśl Warszawa/Ostróda

12m.jpgW Batumi staraliśmy się szybko załatwić wszystkie sprawunki i dojechać do granicy. Nie mieliśmy co prawda pomysłu, co zrobimy, jak już to się stanie, jednak odruchowo spieszyliśmy się. Kiedy zajechaliśmy do Sarpi, czerwone słonko powoli skrywało się za spokojnymi wodami Morza Czarnego, a my jak zwykle w takiej sytuacji nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić. Mieliśmy przed sobą perspektywę namiotowego noclegu na gruzińskiej plaży lub analogicznego po stronie tureckiej bezpieczeństwo obu rozwiązań budziło wiele wątpliwości. Standardowo zostawiliśmy Jarka z bagażami, natomiast ja i Piotrek poszliśmy szukać wyjścia z tej coraz bardziej komplikującej się sytuacji. I kiedy tak staliśmy na drodze, zastanawiając się w którą najpierw pójść stronę zauważyliśmy jadący prosto na nas autokar z tabliczką Baku ISTAMBUŁ. To niemożliwe, aby szczęście aż tak nam sprzyjało, ale autobus rzeczywiście istniał.
Rozmowa z kierowcą była krótka i rzeczowa:

Czy ten autobus jedzie do Istambułu?
Tak.
Czy możemy się zabrać?
Tak.
A ile to będzie kosztowało?
A skąd jesteście?
Z Polski.
25$. Czekajcie na mnie za granicą.

I tym sposobem w jednej chwili rozwiały się wszystkie nasze problemy. 45$ kosztował nas przejazd Istambuł Uyun; 25 $ pokonanie całego tureckiego wybrzeża. Autobus, którym przyszło nam podróżować miał charakter nieco nieformalny, co być może wynikało z faktu, iż pasażerowie jechali razem aż z Baku i zdążyli się ze sobą bardziej zaprzyjaźnić. Nieodłączną rolę odgrywał w tym zaprzyjaźnianiu się, lejący się strumieniami alkohol, zagryzany kiełbasą, o intensywnym zapachu, przepełniającym wnętrze pojazdu. I nie byłoby to aż tak bardzo irytujące, gdyby nie fakt, że średnio co 50 km autobus zatrzymywał się, aby pasażerowie wytoczyli się na chwiejnych nogach celem załatwienia swoich potrzeb. Cierpliwie znosiliśmy częste postoje nocą, nie przeszkadzały nam o poranku, jednak już koło południa zaczęliśmy uświadamiać sobie, że nie mamy szans na dojechanie do Istambułu przed zmrokiem po raz kolejny zobaczyliśmy przed sobą koszmar gorączkowego poszukiwania spania w nieznanych uliczkach Istambułu. Stało się zgodnie z naszymi przypuszczeniami i opuściliśmy autobus w bliżej nieokreślonym miejscu koło godziny 22. w odnalezieniu hotelu pomógł nam pewien Gruzin z Batumi, który po zapisaniu nam swoich namiarów nie omieszkał nas do siebie zaprosić.
Następnego dnia, do odjazdu autobusu do Jassów w Rumunii mieliśmy trochę czasu, postanowiliśmy więc spędzić go na mieście. Podczas poprzedniego pobytu w Istabmule wydawało mi się, ze w miejscu tym nigdy nie pada deszcz, tego dnia był wyjątek od nigdy, więc spacerowaliśmy przemoczeni w strugach deszczu.
Siedząc w autobusie szybko zorientowaliśmy się, że praktycznie wszyscy pasażerowie w nienaturalnym stopniu od stóp do głów obwieszeni są złotem i skórami. Pierwsze godziny drogi spędziliśmy na obserwacjach i obliczaniu ile kto ma na sobie kolczyków, łańcuszków, wisiorków, bransoletek na nogach i rękach, pierścionków, sygnetów, płaszczy, kurtek i kamizelek. Cały ten ekwipunek wart był zapewne więcej niż wiozący go autobus. Już na granicy bułgarsko rumuńskiej dane nam było przekonać się, jak to jest założyć na siebie równowartość naszej miesięcznej wycieczki, gdyż najpierw nasi współpasażerowie zbudzili nas, po czym poprosili o założenie kilku świecidełek i ciepłych kurtek, na wypadek, gdyby po wyjściu z autokaru było nam zimno. Nowe wyposażenie świetnie pasowało do ubłoconych plecaków i przetartych sandałów, z których wystawały średnio czyste stopy.
Z Jassów marszrutką przedostaliśmy się do Suczawy, a stamtąd autobusem przekroczyliśmy kolejną granicę, aby spokojnie oczekiwać w Czerniowcach na pociąg do Lwowa. Jako, że typ pociągu obszczij w drodze dojazdowej wyszedł nas bardzo korzystnie bez wahania wybraliśmy taki środek transportu i tym razem. Jakie było nasze zdziwienie, gdy po wejściu do pociągu ujrzeliśmy wagon typu kurnik z drewnianymi ławkami do siedzenia. Ta noc nie należała do najprzyjemniejszych zwłaszcza, ze spędziliśmy ją w pozycji siedząco leżącej w stanie śpiąco czuwającym, opierając na zmianę nogi i głowę na plecakach. Ponieważ Lwów już od kilku wyjazdów stał się dla mnie nieodłącznym punktem w drodze do domu i tym razem odwiedziłam znajome miejsca.
I to już właściwie koniec opowieści. Moment powrotu do domu to czas, kiedy w głowie tkwią jeszcze wydarzenia z całego wyjazdu, samoistnie odtwarzają się sytuacje i przypominają o sobie minione chwile; jednocześnie perspektywa powrotu sprawia, że coś wewnątrz uwalnia tęsknotę do tego domu, z którego jeszcze tak niedawno wyrwała nas niewidzialna siła. Ale najważniejsze jest to, ze ta siła powróci...

Na zakończenie chcę jeszcze przytoczyć refleksję o Gruzji, jaką po powrocie stamtąd wysnuł Ryszard Kapusciński. Co prawda napisał to w roku 1968, jednak myślę, że i mi Gruzini przekazali podobną umiejętnośc: "Gruzin lubi, żeby jego dzień pracy i trosk został zamknięty pogodnym akcentem. Żeby jakiś uroczysty moment nadał temu dniu wartość przeżycia i utrwalił go w pamięci. Żaden dzień nie powtórzy się dwa razy i dlatego każdy z osobna trzeba czcić jak święto, jak wydarzenie. I Gruzin oddaje się temu obrzędowi całym sobą. Oczyszcza się, odnajduje swoją pełnię."