×

Ostrzeżenie

JFolder::pliki: Ścieżka nie jest folderem. Ścieżka: /home/misc/skg/public_html/images/galerie/wyprawy/gruzja2005.
×

Uwaga

There was a problem rendering your image gallery. Please make sure that the folder you are using in the Simple Image Gallery plugin tags exists and contains valid image files. The plugin could not locate the folder: images/galerie/wyprawy/gruzja2005
Drukuj

13m.jpgWe wczesnej fazie planowania wyjazdu kształtuje się cel. Początkowo nierealny i odległy, z czasem przybiera rzeczywistą postać. Tak było i tym razem. Myśl o odwiedzeniu Gruzji nawiedzała mnie od zeszłych wakacji, a kiedy tylko znalazłam towarzyszy podróży pomysł udało się wcielić w życie.

O Gruzji wiele wcześniej przeczytałam i wysłuchałam, jednak dopiero pobyt tam sprawił, że dotarły do mnie wszystkie wcześniej zgromadzone informacje. Gruzja to niesamowite miejsce, dzięki ludziom, którzy tam żyją jedzie się nie tyle do odległego kraju, ile do ludzi, tak bliskich, jakby byli sąsiadami, czasem nawet bliższych.

Fakt położenia danego kraju na danym kontynencie jest zazwyczaj oczywisty, raczej nie mamy problemów z przyporządkowaniem, a gdyby tak się zastanowić, gdyby ktoś Ci postawił drogi czytelniku pytanie gdzie leży Gruzja, to co byś odpowiedział? W różnych miejscach różne się znajduje na to pytanie odpowiedzi. Na wielu mapach Gruzja przedstawiana jest jako państwo azjatyckie. Sami Gruzini bliżsi są kulturowo Europie, za Europejczyków też się uważają, jednak określenie kraju jedną z Republik Zakaukaskich pasuje najlepiej.

Z Kim

09m.jpgTwój towarzysz podróży musi być na tyle cierpliwy i elastyczny, żeby przy kolejnej nieoczekiwanej zmianie planu nie powiedział "dość";. W Gruzji planowanie należy traktować jako czynność pomocniczą w podróżowaniu, a nie nadrzędną bo nigdy nie wiadomo, gdzie się dojedzie, a gruzińskie pojmowanie czasu traktować należy z przymrużeniem oka rano może oznaczać godzinę 15, a dziś bardzo łatwo przechodzi w jutro. Bardzo przydaje się też mocna głowa.
Fakt, że pojechałam właśnie z Piotrkiem i Jarkiem jak wiele zdarzeń, które spotkały nas podczas podróży był przypadkowy. Dobraliśmy się jednak idealnie, a wspomniane wyżej kryteria kwalifikujące do podróżowania po Gruzji uzupełnialiśmy w sobie wzajemnie.

Dojechać

Można oczywiście wsiąść w samolot w Warszawie i wysiąść na lotnisku w Tbilisi, jak robi to zdecydowana większość z coraz liczniej odwiedzających Gruzję turystów. Można, ale wtedy wszystkie kraje, dzielące Polskę i Gruzję gdzieś umykają. Dlatego my wybraliśmy opcję najdłuższą, a jednocześnie taką, która pozwoli nam odczuć kilometry dzielące nas od kraju docelowego.

Warszawa/ Ostróda Przemyśl Medyka Mościska 2 Czerniowce Suczawa Bukareszt Giurgiu Ruse Kapitan Andreevo Istambuł Uyun Rize Hopa Sarpi

02m.jpgCała trasa była zaplanowana w możliwie najdokładniejszych szczegółach, łącznie z godzinami odjazdów pociągów z rumuńskich dworców, jednak plan został poddany weryfikacji już w Suczawie, gdzie oczekiwanie na pociąg do Jassów przerwało pojawienie się autobusu z napisem Istambuł. Lekka konsternacja, chwila wahania, błyskawicznie podjęta decyzja i już siedzieliśmy w klimatyzowanym autobusie, dzięki czemu zyskaliśmy dobę, przy praktycznie niezmienionych kosztach.
Z autobusu wysiedliśmy o 4 rano, na jednej z takich ulic, na których ruch nie zamiera nawet nocą. Czuliśmy się obco, w obcym mieście, w którym mówi się obcym językiem, w którym nawet nad ranem jest niemiłosiernie gorąco. Obrany przypadkowo kierunek wędrówki okazał się trafny i szybko dotarliśmy do parku między Błękitnym Meczetem i Hagią Sofią. Usiedliśmy na wciąż pogrążonych w ciemnościach ławkach w oczekiwaniu na świt. O 5 ciszę przerwał śpiew muezina, właściwie śpiewy, które w jednej chwili zaczęły do nas dochodzić ze wszystkich stron i przypominać, gdzie jesteśmy. Potem znowu zapadła martwa cisza, choć ciemność powoli jaśniała.

W Istambule spędziliśmy dwa dni, snując się zatłoczonymi ulicami, gdzie tłum sprzedawców miesza się z tłumem kupujących i spacerujących. Chłonęliśmy orientalizm miasta wraz z dochodzącymi z wszechobecnych knajpek zapachami i turecką muzyką. Muzyka może się podobać lub nie, ale nie jest muzyką zachodu, która towarzyszyła nam w podróży przez Rumunię i Bułgarię.
Esencję Turcji poznaje się dopiero na Wielkim Bazarze ogromnym, zadaszonym targowisku. Już w progach wita nas tłum ludzi sklepów, obwieszonych najróżniejszymi produktami małych handlarzy, próbujących sprzedać cokolwiek zachodnim turystom. Wewnątrz atmosfera wygląda podobnie, kolorowe pamiątki, oświetlone różnobarwnym światłem ze sprzedawanych szklanych lampek zdają się zapełniać sobą całą przestrzeń. Wszystko zdaje się dynamicznie poruszać, żyje własnym życiem. Kolejno wchodzimy w uliczki dywanów, złota, ubrań, restauracyjek. Z każdego stoiska wychodzi uśmiechnięty Turek i zachęca do zajrzenia choćby na chwilę po pewnym czasie te zaproszenia stały się dla nas irytujące, a ciągłe pozdrowienia w stylu "Hi, how are you?";, "Where are you from?"; zaczęły męczyć.

Istambuł jest miastem ogromnym, co widać najlepiej, gdy się z niego wyjeżdża. Autobus jechał i jechał, a za oknami wciąż widzieliśmy miejskie zabudowania.
Cokolwiek mówi się o łapaniu stopa w Turcji nie ma wątpliwości, że dziewczynie jest dużo łatwiej zatrzymać samochód. Kiedy w Uyun (mnie więcej w połowie drogi do Gruzji), stanęłam na drodze i zamachałam zatrzymywał się co drugi samochód, czasem tylko po to, aby zamienić kilka słów. Kiedy natomiast mówiłam, że nie jestem sama i wskazywałam dwóch, siedzących w cieniu kolegów z dużymi plecakami, kierowcy przecząco kręcili głowami.
W Turcji największą przeszkodą był dla nas język. Tureckiego nie znaliśmy zupełnie, a kilka słów i zwrotów, które zmyślny autor przewodnika po Istambule zawarł w swoim dziele nie wystarczało, aby powiedzieć wszystko, na co mieliśmy ochotę. Jak się jednak okazało można radzić sobie bez słów. Piotrek, głównie za pomocą języka migowego ulokował nas w najlepszym z hoteli remontowanej łodzi, nieopodal skleconych z desek rybackich chat nad brzegiem morza; z najlepszymi kompanami tureckimi rybakami. Kiedy dojeżdżaliśmy z Jarkiem do Rize zmierzchało już, a błyszczące światła portu wyznaczały linię brzegu. Wiedzieliśmy, że gdzieś tam czeka na nas Piotrek.
Rybacy zgotowali nam prawdziwą rybacką ucztę z górą smażonych rybek i soczystych tureckich owoców. Noc stawała się coraz późniejsza, a my wciąż siedzieliśmy razem z naszymi tureckimi gospodarzami wypijając kolejne kieliszki tureckiej raki i polskiej żubrówki. Szybko zorientowaliśmy się też, że bariera językowa cudownie znikła i rozmawialiśmy nowym językiem mieszaniną tureckiego, rosyjskiego i polskiego.
Szybko wstać i ruszać dalej, czy płynąć z rybakami na morze taki dylemat pojawił się rano, a kiedy podziwialiśmy Rize z perspektywy morza ani trochę nie żałowaliśmy swojej decyzji. Tym bardziej, że pofalowana woda Morza Czarnego jest tak ciepła i tak dobrze się w niej pływa
Rybak pokazywał nam każdą wyłowioną sztukę, przy większości wskazywał na kolce i powtarzał "doktor";. Wtedy jego palec błyskawicznie odskakiwał a wzrok kierował się ku nam w poszukiwaniu zrozumienia. Było nam żal opuszczać tak dobrych ludzi, ale jednocześnie czuliśmy nieodpartą chęć pojechania dalej, a Gruzja stała się niemalże mitycznym celem.
Przekroczyć granicę pieszo znaczy wejść dosłownie do innego kraju. Kiedy weszliśmy do Gruzji poczuliśmy się trochę jak w domu. Z jednej strony wiedzieliśmy, że oto dotarliśmy do celu, z drugiej zdawaliśmy sobie sprawę, że to dopiero początek, a najciekawsze dopiero ma nadejść.
Sarpi to przygraniczna mała miejscowość, której mieszkańcy trudnią się głównie przygranicznym handlem. Dlatego też po obu stronach granic z łatwością dało się zaobserwować zbite grupki kobiet i mężczyzn z dużymi wypakowanymi po brzegi torbami. Samo przekraczanie granicy odbywa się jednak w spokoju, nie ma tu przepychanek ani słownych ani fizycznych jak na polsko ukraińskim przejściu Medyka Szegini.


Sarpi Batumi

03m.jpgTurysta w Gruzji polegać musi na pomocy miejscowych i na swoim własnym rozsądku. Wielu napotkanych Gruzinów rzeczywiście chce zaoferować bezinteresowną pomoc, znajdą się jednak i tacy, którzy szybko wykorzystają chwilową niewiedzę i dezorientację. Kiedy tylko znaleźliśmy się po gruzińskiej stronie podszedł do nas taksówkarz i zaoferował podwiezienie do Batumi, odmówiliśmy, a po chwili siedzieliśmy w dziesięć razy tańszej marszrutce.

Marszrutka gdyby chcieć zdefiniować cóż to takiego sprawa byłaby nadzwyczaj prosta. Jest to mały autobusik przeznaczony do przewozu osób, jakich wiele spotkać można chociażby w Zakopanem. Czegoś w tej definicji jednak brakuje i sama nie wiem czy chodzi o panujące w środku ciepełko, które sprawiało, że przyklejaliśmy się do siedzeń, czy finezyjnie popękaną przednią szybę (niepowtarzalne pajęczynki), czy towarzystwo dziwnym trafem zawsze obok kogoś z nas siadała dosyć duża pani i zabawiała rozmową, czy może o brawurową jazdę kierowców i emocjonujące wyścigi marszrutek po dziurawych drogach. Prawdą jest, że marszrutki to najbardziej popularny środek transportu w Gruzji, który łączy ze sobą praktycznie wszystkie miasta i wioski, i którego pod koniec pobytu mieliśmy serdecznie dość.

Za oknami autobusu szybko przesuwały się całkiem nowe dla nas krajobrazy. Składały się na nie palmy, figi, magnolie i eukaliptusy rosnące w równych rzędach przy drodze. Tylko przyroda zdawała się działać według ustalonego porządku. Nie można tego bowiem powiedzieć o śladach działalności człowieka. Właściwie nie wiedzieliśmy co powiedzieć i jak skomentować przesuwające się obrazy zabudowań, które często straszyły swoim wyglądem. Odpadające tynki, straszące ruiną pustostany. poniewierające się śmieci i dziurawe drogi te widoki uświadomiły nam, że kraj, do którego wjeżdżamy nie uporał się jeszcze z ogarnięciem wszystkich dziedzin życia społecznego i zaskoczy nas jeszcze nie raz.
Słońce już zachodziło, kiedy wysiedliśmy w Batumi na ogromnym placu, pełnym taksówek i autobusów. Staliśmy trochę zdezorientowani, co jak zwykle w takich sytuacjach spowodowało, że zainteresowali się nami miejscowi, oferując swoją pomoc. Tym razem pomoc była bezinteresowna ze wskazówkami, jak dojść do najbliższego, najtańszego hotelu ruszyliśmy w kierunku hotelu Beso.

Batumi nocą ma dwie twarze. Pierwsza to twarz zapracowana. Tę twarz stanowią pracujący przy świetle reflektorów samochodowych robotnicy drogowi. Snop światła z samochodu pada na dziurawą drogę, obok mężczyzna łopatą sypie coś, co ma te dziury załatać. Jest gorąco, ale i tak chłodniej niż za dnia. Pozostałe ulice są ciemne, a większość sklepów zamknięta. Drugą twarz można zobaczyć na wybrzeżu. W rozlicznych knajpach, knajpeczkach i zacumowanych w porcie statkach bawią się wczasowicze z całej Gruzji. Tutaj miasto żyje, a z każdego miejsca dociera muzyka. Muzyka rosyjska miesza się z muzyką z zachodu, niestety muzykę gruzińską słychać rzadko. Dominują wschodnie, rosyjskojęzyczne hity.
Batumi za dnia budzi się powoli i dosyć późno. Ludziom nie spieszy się ze wstawaniem, bo gorąco daje się we znaki od pierwszych godzin rannych. Wszyscy starają się ukryć w cieniu i nie narażać na bezpośrednie działanie promieni słonecznych. Wczasowicze w doskonałych humorach wędrują na plaże, a pozostali mieszkańcy miasta otwierają swoje kramy lub wylegają na ulice w bliżej nieokreślonym celu.

W Batumi jak i w całej Gruzji istnieją "ludzie sklepy";. Człowiek taki nosi ze sobą tak dużo, jak tylko uda mu się udźwignąć i zawsze znajdzie się w odpowiednim miejscu w odpowiedniej porze. Wsiadasz właśnie do autobusu i zachciało ci się pić nie ma problemu, zaraz podejdzie do ciebie chłopiec z wodą mineralną, zgłodniałeś już idzie do ciebie babuszka z pełną tacą świeżutkich chaczepuri, gorąco pan w słomkowym kapeluszu niesie przenośną lodówkę z lodami, potrzebny długopis, zabawka, wachlarz, gazeta, papierosy - nie ma żadnego problemu, zaraz znajdzie się osoba, która sprzeda ci najpotrzebniejsze rzeczy. "Ludzie sklepy"; spacerują i rozglądają się za potencjalnymi nabywcami lub rozkładają swoje przenośne kramy. Takie sklepiki stacjonarne oferują głównie papierosy bądź nasiona słonecznika i orzeszki ziemne odmierzane plastikowymi kubeczkami lub szklaneczkami.

Na śniadanie zjedliśmy pierwsze typowo gruzińskie danie chaczepuri. Może być przyrządzane na wiele sposobów, w zależności od regionu wtedy zyskuje regionalne przydomki chaczepuri po adżarsku, megrelsku Podstawą potrawy jest chlebowy placek i lekko słony ser. Ser może być zapieczony w chlebie lub na zewnątrz, czasem na wierzchu pływa lekko ścięte jajko. Podawane na ciepło smakuje znakomicie. Chaczepuri w Gruzji zastępuje zachodnie fast-foody, można je kupić w co drugim sklepiku na ulicy no i oczywiście od wspomnianych już chodzących sprzedawców.

Kutaisi i okolice

04m.jpgDo Kutaisi zajechaliśmy nieśmiertelną marszrutką i tradycyjnie już prawie o zachodzie słońca wylądowaliśmy na podejrzanie wyglądającym dworcu kolejowym i autobusowym. Większość mijających nas osób nie mogła oprzeć się chęci spojrzenia na nas choćby ukradkiem, tym sposobem znowu znaleźliśmy się w centrum zainteresowania. Jedni mijali nas, inni podchodzili i zagadywali. Kazali zwracać uwagę na rzeczy i być ostrożnym. To wzbudziło tylko naszą podejrzliwość, zwłaszcza że budynek dworca i tak nie budził naszego zaufania. Usiedliśmy przy odrapanej i od lat chyba nieczynnej fontannie, z której głębi sterczały wodonośne niegdyś rury i zaczęliśmy zastanawiać się gdzie właściwie jesteśmy i co należałoby zrobić dalej.

W Gruzji stwierdzenie: tam mieszka moja rodzina, w razie potrzeby oni ci pomogą, znaczy znacznie więcej niż możnaby się spodziewać. Nie minęło wiele czasu od naszego przyjazdu do Kutaisi i wykonania jednego telefonu, a już siedzieliśmy w kutaiskim domu oczekując na uroczystą kolację. Gospodarze posadzili nas w małym pokoiku, a sami znosili do pokoju jadalnego coraz to nowe potrawy. Z kuchni wydobywały się smakowite zapachy a gospodarz domu pojechał na ogromne zakupy. Patrzyliśmy na to, co działo się wokół nas i nie wiedzieliśmy co powiedzieć, woleliśmy czekać, jak sprawy dalej się potoczą i nie ingerować.
Poproszono nas do pokoju jadalnego dopiero kiedy stół został w pełni zastawiony, a wszystkie miejsca dookoła zajęte przez zaproszonych gości. Ilość talerzy wprawiła nas w zakłopotanie naczynia stały na sobie piętrami, a na każdym leżało inne danie.
Po raz pierwszy uczestniczyliśmy w typowo gruzińskim posiłku, o którym tak wiele już zdążyłam przeczytać i wysłuchać. Wielokrotnie starałam się sobie wyobrazić jak coś takiego może wyglądać i co jest w tym innego niż nasz bogato zastawiony stół. Ale inne jest wszystko, począwszy od atmosfery jednocześnie podniosłej i naturalnej, a skończywszy na tym że pretekstem do wyprawienia uroczystej kolacji może być przyjazd nieznanych gości z dalekiego kraju.

Przy gruzińskim stole zasiadają tylko mężczyźni. We wszystkich ucztach ja także mogłam uczestniczyć, ale tylko ze względu na mój status gościa. Normalnie rolą kobiety jest zabieganie o to, aby na stole niczego nie zabrakło. Kobieta krząta się dookoła, wymienia brudne talerze, donosi jedzenie. Potem siada na małym taboreciku przy stole lub na krześle przy oddzielnym stoliku. Nie uczestniczy w równym z mężczyznami stopniu w posiłku.
Elementem, który spaja gruzińską kolację i nadaje ton dyskusjom jest wino i wznoszone winem toasty. Za wznoszenie toastów odpowiedzialny jest tamada. Gdy tamada zaczyna mówić rozmowy milkną i wszyscy wsłuchują się w jego słowa. Każdy toast jest jakby osobnym przemówieniem, nie jest to lakoniczne stwierdzenie: "no to wypijmy za";. Każde słowo jest wyważone a sam toast trwa minimum kilka minut. Gruzini piją 12 obowiązkowych toastów, kiedy te zostaną wypite, przedmiot toastu zależy tylko od tamady lub jeśli możliwość wygłoszenia toastu zostanie przekazana, od któregoś z gości. Toasty obowiązkowe piję się za Boga, Ojczyznę, Pokój, rodziców, gospodarzy, zmarłych, dzieci, nienarodzonych, gości Przy kolejnych ucztach słuchaliśmy tych samych toastów, które za każdym razem wypowiedziane były w inny sposób.
Toasty pije się do dna. Po pierwszym kieliszku na twarzy pojawia się delikatny uśmieszek, po drugim uśmieszek nieco się rozszerza, to samo dzieje się po trzecim, potem jest już właściwie wszystko jedno. Trzy kieliszki wypada wypić, potem teoretycznie można podziękować, ale kiedy spróbowaliśmy nasi gospodarze chyba pomyśleli, że żartujemy, bo tak nas właśnie potraktowali. Po trzecim kieliszku piłam po połowie (która zawsze się uzupełniała). Początkowo Gruzini złowrogo marszczyli brwi, ale potem uśmiechali się i jednym stwierdzeniem: "Ty żeńszyna, ciut, ciut, eto haraszo"; załatwiali wszystko.

Kolacja trwała około 3 4 godziny. Przez ten czas zdążyliśmy zasmakować cieplutkiego chaczapuri z serem, smażonych bakłażanów z czosnkiem, pomidorów z cebulką, gotowanego mięsa w sosie i niezliczonej ilości owoców głównie melonów i arbuzów. Pod koniec czuliśmy, że żołądki mamy wypełnione po same brzegi, a kolejne porcje jedzenia idą nam w uszy, nie przeszkadzało to naszym gospodarzom w dobrotliwym zachęcaniu: "Kuszajcie rebiata";. Ale rebiata kuszała już z ledwością, co widząc gospodarze zarządzili spanie. Samo miejsce noclegu nagle stanęło pod znakiem zapytania, okazało się bowiem, że niezbyt dobrze władając rosyjskim podczas jednej z rozmów niemalże zgodziliśmy się przenieść do innego mieszkania, którego właściciel i jednocześnie kierowca samochodu był tego wieczoru tamadą, wypił więc wiele Na szczęście wszystko udało się odkręcić i zostaliśmy tam, gdzie przyjechaliśmy.

Pani gospodyni przygotowała nam oddzielne pokoje, nie do pomyślenia jest bowiem, aby dziewuszka spała z malczikami razem. Noc była ciężka a jeszcze cięższy poranek. Od tej pory wiedzieliśmy jaką moc ma gruzińskie wino, choć tak naprawdę to tylko ja mogłam mieć minimalny wpływ na ilość, która wypijam.
Ledwo zdążyliśmy wstać i poubolewać nad własnym stanem, a stół już został zastawiony do śniadania. Właściwie to stopień zastawienia stołu nie różnił się od stopnia zastawienia go na kolację. Pojawiły się te same potrawy i w takiej samej ilości, mimo że liczba ucztujących zmalała o połowę. Pojawiło się obowiązkowe wino i alternatywa - koniak. Tak więc rebiata znowu zaczęła kuszanie, bojąc się trochę co wyniknie z tego dalej.

Gość dla Gruzina to osoba wyjątkowa. "Gość w dom, Bóg w dom"; mówiono mi przed wyjazdem, że to stwierdzenie znajduje w Gruzji najlepsze potwierdzenie, jednak zrozumiałam to dopiero będąc tu, gdyż każdy nowopoznany Gruzin chciał nas mieć u siebie choć przez chwilę. Jednego wieczora pojechaliśmy na uroczystą kolację do jednej z lepszych restauracji pod Kutaisi o wdzięcznej nazwie Wenecja. Restauracja nie zachwyciłaby może przeciętnego polskiego bywalca najdroższych lokali, ale pomysł usytuowania stolików na podestach nad przepływającą rzeczką i nazwania tego w tak romantyczny sposób zasługuje na uwagę. Jedynym mankamentem była chyba sama rzeczka, trochę przybrudna. Wyszliśmy stamtąd tradycyjnie najedzeni i siedząc w wiozącym nas do domu samochodzie żartowaliśmy, że zapewne czeka nas jeszcze co najmniej jeden zastawiony stół. Kiedy samochód minął dom przekonaliśmy się, że nie należy w ten sposób żartować. Zajechaliśmy pod małe pomieszczenie, z zewnątrz trochę przypominające sklep, w rzeczywistości będące natomiast osiedlowym miejscem spotkań. Wewnątrz przy stole siedziało kilku bardzo postawnych mężczyzn, których opasłych brzuchów nie przykrywało żadne ubranie. No może tylko zarzucona na kark mokra chustka, mająca przynieść ochłodę w gorący wieczór. Mężczyźni przywitali nas z otwartymi ramionami i bez wahania zaprosili do wspólnego ucztowania. Nie był to jednak koniec wieczoru, gdyż jeden z biesiadników ukradkiem nas wyprowadził i zaprowadził do swojego domu. Obudził żonę i polecił przygotowanie posiłku. O 3 nad ranem zasiedliśmy więc przed zastawionym stołem i rozpoczynaliśmy kolejną rundę gruzińskich toastów. Tym razem skończyło się na 3, ale gdy weźmie się pod uwagę, że była to już trzecia kolacja nie wypadamy wcale tak blado.

Czasem zdarza się, że gdy opowiadam o gruzińskim ucztowaniu, ktoś powie: "No tak, ale mówisz, że u nich jest tak biednie, nie było wam głupio tak u nich jeść?"; I dopiero w tym momencie wychodzi cała istota gruzińskiej gościnności, którą ja zrozumiałam tam na miejscu. Istota przenikania się sfer materialnej i niematerialnej, jedzenie i wystawna uczta są tylko pretekstem do rzeczywistego celu spotkania, rozmawiania, ugaszczania. Jesteśmy gości i bierzemy podarowane jedzenie, ale w zamian dajemy swoją obecność, swój czas, swoje doświadczenia, opowieści, to dzięki nam nasi gospodarze zyskują prestiż mogą powiedzieć sąsiadom zobacz, to są moi goście. Wielokrotnie spotykaliśmy się ze stwierdzeniem : "Dziękuję, że tu przyjechaliście, jak wrócicie do siebie, opowiedzcie jak u nas jest naprawdę, jak pięknym krajem jest Gruzja";. Z jednej strony Gruzini chcieli poznać nas, dowiedzieć się jak my żyjemy, z drugiej chcieli nam przekazać jak najwięcej o sobie, swoim kraju i życiu.


Zwiedzanie

Ale Gruzja to nie tylko stół, żeby nie powiedzieć, że to przede wszystkim nie stół choć mogłoby się tak na pierwszy rzut oka wydawać. Gruzini opiekowali się nami bardzo troskliwie, a kiedy nie mogli z nami jechać odprowadzali nas na przystanek, wsadzali do marszrutek i pokazywali się kierowcy, żeby ten wiedział, że nie jesteśmy jakimiś tam turystami, tylko turystami przyprowadzonymi przez Gruzinów.

Podróż po gruzińskich drogach już sama w sobie jest przeżyciem, niezależnie czy jedziemy samochodem czy marszrutką. Drogi są dziurawe, ale bardzo szerokie, dzięki temu pojazdy pokonują trasy slalomowe, klucząc między wszechobecnymi wybojami. Czasem dochodzi do paradoksalnych sytuacji, że samochód jadący po prawej stronie zapędził się w slalomie na lewą, a ten jadący w przeciwnym kierunku na prawą mijają się więc jakby nigdy nic tylko że w angielskim stylu. Najlepszą metodą w takich sytuacjach jest nie patrzeć przed siebie i całkowicie zaufać kierowcy. Gruzja to kraj monastyrów. To praktycznie jedyni świadkowie gruzińskiej zamierzchłej historii. Masywne budowle noszą ślady świetności i klęsk. To właśnie zwiedzając monastyry najczęściej słuchaliśmy wyjątków z gruzińskiej historii i opowieści o gruzińskich władcach.

Centralna część monastyru w Gelati Katedra Najświętszej Marii Panny została zbudowana w XI wieku przez Dawida Budowniczego ("Stroiciela";). Sam król Dawid uważany jest za jednego ze znamienitszych władców, dzięki któremu Gruzja stała się potęgą i jako silne państwo wkroczyła w XII Złoty Wiek kultury. Król Dawid doskonale wiedział jak ważną jest osobą, dlatego polecił pochowanie się w centralnej części specjalnie wybudowanej bramy wejściowej, tak aby chodzący do kościoła ludzie nigdy nie zapomnieli o władcy. Monastyr zachwyca tym bardziej, gdy uświadamiamy sobie jak wiele spotykało go nieszczęść zarówno ze strony natury był niszczony trzęsieniami ziemi, jak i ludzi wielokrotnie cierpiał podczas najazdów. Z zewnątrz bryła świątyni jest masywna, wielkie bloki piaskowca sprawiają wrażenie ułożonych bezładnie, jednak układają się w charakterystyczny, niepowtarzalny wzór. Ta masywność kontrastuje z panującą wewnątrz jasnością, tak rzadko spotykaną w monastyrach.
O nietypowości monastyru w Motsamecie decyduje jego położenie. Świątynia stoi na skraju stromego klifu a roztaczający się widok na przełom dopływu rzeki Rioni zatyka dech w piersiach.
Ogromne wrażenie nie tylko swoimi rozmiarami robi położona w granicach miasta Katedra Bagrat. Mimo że dachu jest pozbawiona od czterech wieków dumnie góruje nad miastem, a nowoczesne ikony powieszone w odkrytych wnętrzach świadczą o jej bezustannym przeznaczeniu na miejsce spotkań z Bogiem. Katedra Bagrat jest wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Również niedaleko Kutaisi leży rezerwat Sataplia, gdzie podziwiać można niezwykłe formy jaskiniowe oraz odciski dinozaurów na stoku. Jaskinia zachwyciła nas nie tyle formami, co panującym wewnątrz chłodem. Temperatura niższa od tej panującej na zewnątrz o około 20 stopni pozwoliła na czas zwiedzania poczuć się normalnie. Za to powrót na powierzchnię był iście traumatycznym przeżyciem. Spodziewaliśmy się dużej różnicy, ale nie oczekiwaliśmy, że wychodząc poczujemy się jak w piekarniku, takie bowiem było pierwsze skojarzenie w momencie zetknięcia z gorącym powietrzem.
Vani. Miejsce, gdzie odkrywano skarby starożytnej Kolchidy, dziś jest zapomnianym, małym miasteczkiem, do którego droga jest wyboista i tylko miejscami pokryta asfaltem. Droga, którą na równych prawach użytkują ludzie, samochody, kury, kaczki, krowy, świnie Dotarliśmy do Vani już po godzinach otwarcia muzeum przechowującego wykopane skarby, jednak widząc nas opiekunowi ochoczo otworzyli drzwi i zaprosili do środka. Byliśmy chyba jedynymi turystami odwiedzającymi to miejsce od dłuższego czasu, gdyż postawiliśmy na równe nogi urzędujące w muzeum osoby. Mało tego zarówno przewodnik jak i strażnik z zainteresowaniem kroczyli za nami i oglądali zawartość lekko przykurzonych, oświetlonych słabym światłem gablot. Nie bardzo rozumieliśmy tylko po co strażnikowi kałasznikow

Kutaisi jest drugim co do wielkości miastem Gruzji i liczy sobie 240 000 mieszkańców. Powstało jako stolica starożytnej Kolchidy w XVII wieku przed Chrystusem. Kutaisi przez dwa wieki panowania tureckiego było stolicą Gruzji. Dziś mało się tu zachowało z dawnej świetności. Straszą dziurawe ulice i sypiące się kamienice, a przepływająca przez środek miasta rzeka Rioni niesie tyle samo wody co brudu. Ale mimo to można doszukać się aspektów przyjaznych jak choćby położony w centrum park miejski, gdzie na ławkach spotykają się ludzie wszystkich pokoleń i odpoczywają w cieniu drzew i przy kojącym szumie fontann. Przy ulicach posadowione są małe zakładziki zawodów u nas ginących a tu prosperujący całkiem nieźle, znajdziemy więc szewca, zegarmistrza, krawca i innych rzemieślników, którzy zrobią lub naprawią domowe sprzęty. Najintensywniej życie toczy się na bazarach, gdzie tłumek ludzi przepycha się wąskimi przejściami, wszyscy przekrzykują się, a każdy szuka czegoś dla siebie. Smutne jest że gruzińskim specjałem jest tu tylko jedzenie, pozostałe rzeczy, które można kupić na bazarach to tanie plastikowe podróbki, głównie z napisem "made in China";.

Borjomi

06m.jpgBorjomi jest położonym w górskim otoczeniu miasteczku uzdrowiskowym, skąd czerpie się wodę o tej samej nazwie. Gdzieś przeczytałam, że kto spróbuje wody Borjomi musi ją pokochać, albo znienawidzić. Ja może nie byłabym aż tak radykalna w swoich sądach, ale przyznam że ostry smak gazowanej wody Borjomi nie przypadł mi do gustu, zresztą nie byłam w tym spostrzeżeniu osamotniona. Co innego natomiast woda niegazowana, która nie miała w sobie nic z nieznośnego smaku.
Borjomi to jednocześnie ostoja czasów komunizmu jak i miejsce gdzie powoli wkracza cywilizacja zachodu. Socjalistyczne bloki pudełka z odpadającym tynkiem sąsiadują z nowootwartym kolorowym parkiem miejskim. Właśnie - kolorowym. Wszystko co do tej pory widzieliśmy było szare, zniszczone i wyblakłe, a to miejsce wprost porażało swoimi jaskrawymi kolorami. Zaraz przy wejściu do parku stoi tablica informująca, że zaledwie tydzień przed naszym przybyciem park uroczyście otworzyli prezydenci Saakaszwili i Juszczenko. Kiedy odszukaliśmy drugą tablicę informującą że na terenie parku znajduje się Centrum Informacyjne, gdzie można kupić mapy, a teren wokół jest oszlakowany wyruszyliśmy pełni optymizmu na poszukiwania. Nikt jednak nie potrafił nam pomóc, ani bileter, ani strażnicy nie słyszeli nic o Centrum Informacyjnym. W końcu jakiś dobry człowiek wskazał nam remontowany budynek jako siedzibę Dyrekcji Parku i prawdopodobnie Centrum. Kiedy zapytaliśmy o mapy wewnątrz, zapanowała konsternacja, zaczęliśmy się zastanawiać, czy może rzeczywiście nie pytamy o rzeczy nierealne, niedostępne, nieistniejące na to wskazywałaby reakcja pytanych osób. Mapy otaczających Borjomi gór nie istniały podobnie jak Centrum Informacyjne.

Gori tam urodził się Stalin

07m.jpgMarszrutkami podróżowaliśmy już tyle razy, że powinniśmy się przyzwyczaić do wszystkiego, co się z nimi wiąże, jednak tym razem dystans do pokonania był tak duży, że po raz kolejny nasza cierpliwość poniosła porażkę. Dodatkowo cierpieliśmy na brak wody jedyny sklep oferował jedynie wodę Borjomi gazowaną, a kupiona przez Piotrka imitacja napoju gruszkowego nie nadawała się do picia.
Marszrutka zostawiła nas 4 km od Gori na głównej drodze łączącej Kutaisi i Tbilisi. Stamtąd taksówką pojechaliśmy do samego miasta. Taksówkarz od razu zaoferował obwiezienie nas po mieście i okolicach na pewno taniej niż zaoferują inni tak przynajmniej twierdził.
Zostawiliśmy bagaże w remontowanym, ale dzięki temu najtańszym hotelu w Gori i pojechaliśmy do skalnego miasta Uplistiche. W Gruzji są trzy znaczące skalne miasta: najsłynniejsze znajduje się w Vardzi, kolejne w David Gerej, a trzecie właśnie w Uplistiche. Miasto swoją świetność przeżywało do V wieku przed naszą erą, kiedy to wiódł przez nie Jedwabny Szlak. Teraz podziwiać można wykute w skale ulice i budowle użyteczności publicznej zniszczone już trochę przez siły natury wodę i wiatr. Nadopiekuńczy obecni właściciele miasta chcąc zadbać o zniszczone elementy konstrukcji wzmocnili je niepasującymi do całości betonowymi słupami. Z daleka imitacja nie jest widoczna, natomiast z bliska wyjątkowo razi. W Uplistiche daje się odczuć senną atmosferę wymarłego miasta. Na rozgrzanych słońcem piaskowcach wygrzewają się jaszczurki, które umykają spłoszone pojawiającymi się od czasu do czasu grupkami turystów. W pobliżu wartkim nurtem płynie rzeka Kura przez Gruzinów nazywana Mtkvari. Zwinna taksówka naszego gruzińskiego kierowcy znakomicie radziła sobie na krętych górskich drogach okolic Gori. Widoki co chwila zapierały dech w piersiach zwłaszcza, że słońce nie grzało już tak mocno, a światło z jaskrawego stało się ciepłe. Kierowca praktycznie nie przestawał mówić, a opowiadał o wszystkim począwszy od mijanych obiektów, a skończywszy na polityce. Po drodze do monastyru Ateni Sioni minęliśmy kilka innych usytuowanych na zboczach. Ich rola była ściśle określona, ponieważ tworzyły swoisty system ostrzegania, kiedy Turcy napadali na terytorium Gruzji, zapalane w kolejnych monastyrach światła sygnalizowały niebezpieczeństwo. Wówczas Tbilisi mogło przygotować się do odparcia ataku. Inną sprawą jest sama lokalizacja monastyrów na stromych, niedostępnych wzniesieniach.
Monastyr Ateni Sioni w znacznej części zasłonięty był rusztowaniami, nie przeszkodziło to jednak w dostrzeżeniu jego piękna. A piękno tkwi w prostocie, gdyż bryła świątyni nie ma żadnych zbędnych elementów nad to, co potrzeba, aby skryć święte wnętrze. Z zewnątrz czerwony od czerwonego piaskowca, w środku niesamowicie ciemny. Dodatkowo jedna ze ścian umożliwia komunikowanie się stojących po przeciwnych stronach pomieszczenia osób szeptem. Ktoś stojący obok nie jest w stanie usłyszeć tego, co usłyszy osoba przykładająca ucho do ściany. Samo Gori zachwyca różnorodnością i bogactwem wszechobecnych drutów, kabli i rur. Druty niczym pajęcza sieć tworzą nad ulicami tunel i łączą domy. Druty tworzą kilka poziomów, które czasem przenikają się i przecinają. Gdzie tylko są domy i słupy tam są też druty. Z tej nietypowej sieci niczym wyspa wyłania się wzgórze z ruinami fortyfikacji z połowy pierwszego wieku przed naszą erą. Chwilę wspinaczki stromym zboczem wynagradza widok na bliższą i dalszą okolicę.
Jednak tym, co decyduje o popularności Gori jest zlokalizowane w centrum miasteczka muzeum Stalina. Nieprzypadkowo tu właśnie Gori jest bowiem miastem położonym najbliżej wioski, w której się urodził. Przed budynkiem muzeum stoi specjalnie przeniesiony i obudowany dom rodzinny Stalina. Dach obudowy jest przeszklony a część frontową stanowią kolumny. Całość przypomina trochę Grób Nieznanego Żołnierza Po tym wstępie na zwiedzających czeka już sama esencja stalinowskich pamiątek zlokalizowana w majestatycznym gmachu muzeum. Wystawy znajdują się na piętrze, na które wchodzimy przykrytym czerwonym dywanem schodami. Przechodzimy przez kolejne sale, w których zebrano przedmioty z różnych lat życia Stalina. Poznajemy więc kolejno jego młodość i poszczególne etapy kariery. Próżno natomiast szukać informacji o rzeczach niechlubnych wystawa jest przygotowana w sposób jednostronny. Zamiast tego podziwiać możemy oryginalne wiersze, które pisał jako młodzieniec i różnorodne pamiątki, które ofiarowali Stalinowi wielcy tego świata. Znajdziemy wśród nich chińską porcelanę, ręcznie tkane dywany, nocne lampki większość z tych przedmiotów ozdabia podobizna wodza. Ostatnim etapem jest zwiedzenie stojącego na zewnątrz pancernego wagonu, w którym Stalin podróżował. Wnętrze robi wrażenie nawet teraz, kiedy telewizja raczy nas widokami luksusowych pomieszczeń i pojazdów. Wagon miał oddzielne pomieszczenia na spotkania, rozmowy, posiłki, sen Dworzec autobusowy, gdzie czekaliśmy na transport do Tbilisi to miejsce, gdzie z pozoru nie dzieje się nic, a w rzeczywistości co chwila coś przykuwa uwagę. Choćby rzeka Kura. Nie przepływa leniwie przez miasto, ale wartkim nurtem pokonuje skalne występy. Woda kotłuje się i pieni. Co chwila dostrzec w niej można poruszające się obiekty niestety są to śmieci. Rzeka stanowi bowiem idealne miejsce wyrzucania odpadków woda zabierze wszystko i nie trzeba się będzie martwić co zrobić z zalegającym śmietniskiem. Tuż obok dworca stoi Hotel Kolmeura a właściwie budynek, który kiedyś był hotelem. Dziś z okien zwisają wystrzępione ubrania, a szyby zastąpiono kawałkami folii. Straszy odpadający tynk i zardzewiałe konstrukcje. Niegdysiejszy hotel stał się tymczasowym domem dla uchodźców z pogrążonej w wojnie Abchazji. Okolice hotelu to właśnie środek dworca autobusowego, gdzie co chwila pojazdy przyjeżdżają i odjeżdżają. Dookoła zdezelowanych autobusów kręcą się ludzie. Większość z nich coś sprzedaje, część powoli zajmuje miejsca w pojazdach, natomiast kierowcy w oczekiwaniu na komplet pasażerów w spokoju wypalają kolejne papierosy. Całości tego widoku dopełnia bazar. Jego bliskość sprawia, że między autobusami przeciskają się ludzie z wózkami wypełnionymi arbuzami, tacami załadowanymi chaczepuri lub pchający prozaiczne taczki z niesamowitą wieżą z krzeseł. Wszystko tu żyje, a pozorna bezładność ma swój cel. Jednocześnie nikt się nigdzie nie spieszy. Ludzie zatrzymują się, aby zamienić kilka słów i podążają dalej.
Perspektywa podróży autobusem wydała nam się bardzo interesująca. Fakt przebywania w miejscu przestronnym, przewiewnym, w miejscu które nie jest marszrutką sprawił że z chęcią zajęliśmy miejsca w pojeździe. Miał on tylko tę jedną wadę, że przyklejaliśmy się do siedzeń z tworzywa imitującego skórę. Lekko zwilżone siedzenia wydzielały natomiast cały arsenał gromadzonego przez lata brudu, który już nie był tak przyjemny.

Tbilisi żyje własnym życiem

08m.jpgTbilisi liczy 1,2 mln. mieszkańców. Ktoś mógłby powiedzieć i co z tego, to tyle co Warszawa. Z tą jedną różnicą, że Gruzję zamieszkuje 5,5 mln. osób czyli około 7 razy mniej niż Polskę. Tbilisi stanowi drzwi, przez które zachodnia kultura wkracza powoli do Gruzji. Wkracza w postaci dobrych samochodów, drogich restauracji przy głównej ulicy i luksusowych hoteli z których wychodzą pachnący goście w krawatach; a także turystycznych biur, których operatorzy za odpowiednią opłatą zawiozą cię wszędzie i wszystko pokażą.
Murman ze swoją żoną Ziją nie mieszkają w centrum Tbilisi, ale na pagórkowatym obrzeżeniu. Ma to same zalety widok na całe miasto ze stosownej wysokości, brak hałasu i ulicznego gwaru i przyjemny chłód dodatkowo wspomagany soczyście zieloną winoroślą zadaszającą przydomowy ogródek. Wokół pełno jest takich samych domków, połączonych systemem wąskich i stromych uliczek i niezawodną marszrutkową komunikacją. Nie jest to jednak ich prawdziwy dom, a jedynie naprędce zbudowana namiastka domu, który został w Abchazji. Zmuszeni do ucieczki przez toczącą się wojnę zostawili dobytek i przenieśli się do Tbilisi, ich poprzednie życie znamy tylko ze zdjęć. O Abchazji opowiadają z tęsknotą, wspominają, piękno abchaskiej ziemi i swoje lepsze życie tam.
Murman odebrał nas z dworca autobusowego i zapakował do taksówki, potem długo dyskutował z taksówkarzem, aż cena osiągnęła poziom zadowalający obie strony. Po drodze do domu nasi gospodarze zrobili stosowne zakupy. Do samochodu pakowali kolejne sprawunki: gigantyczne arbuzy, pachnące chaczepuri, a także zmyślne kuchenki elektryczne, które wyglądem przypominały trochę wędkarskie stołeczki. Szykowało się kolejne uroczyste powitanie. Pierwszy wieczór w Tbilisi i pierwszy dzień upłynęły mi w łóżku. Zatrucie pokarmowe prawdopodobnie przywiezione z Gori nie pozwoliło mi uczestniczyć ani w powitalnej kolacji, ani normalnie funkcjonować następnego dnia. Kiedy chłopcy wytłumaczyli gospodarzom co mi jest, ci rozpoczęli leczenie błyskawicznie. Pierwszym lekarstwem na każdą dolegliwość jak wiadomo jest wódka "ty znajesz, ja wracz, adin stachańczyk wypijesz, wsio budziet haraszo";. Pierwsze lekarstwo nie pomogło. Zastosowałam więc lekarstwo swoje jak dotąd niezawodny węgiel i poszłam spać. Rano lekarstwo numer dwa dziwna owocowa plazma o smaku cukru przyniesiona od sąsiada i suchary na śniadanie nie pomogło. Powróciłam więc do tego co mi pomagało najbardziej i poszłam spać. Co jakiś czas do mojego pokoju zaglądali zatroskani gospodarze i z nadzieją w głosie pytali "Nu kak, normalna?"; ja mogłam się tylko uśmiechać i przecząco kręcić głową. Lekiem wybawcą okazał się specyfik o nazwie Imodium. Specjalnie podaję jego nazwę, bo pomógł kiedy zawiodło 30 tabletek węgla i kilka saszetek smecty. Ciekawszy może jednak wydać się fakt, że o leku dowiedziałam się w wyniku sms";owej telekonferencji z Tatą, który siedząc w Warszawie przed komputerem wyszukał mi go na internetowym blogu z Indii. Poprawa przyszła jednak dopiero dnia następnego. Tymczasem czekała mnie kolejna męcząca noc w łóżku, kiedy to po raz pierwszy od początku pobytu w Gruzji spadł deszcz, a ja śniłam że zabijam gigantyczną kurę, której głosu udzielała domowa kura mieszkająca sobie na podwórku w małej klateczce i nieznośnie gdacząca przez połowę nocy.
Panoramę Tbilisi najlepiej podziwiać ze świętej góry Mtatsminda. Świętej ze względu na obecność jaskini świętego Davida. Na szczyt docieramy wspinając się stromymi schodkami nieczynnej kolejki, zbudowanej przed stu laty przez belgijskich inżynierów. Dziś kolejka stoi opuszczona, schodki są wyszczerbione, a wagonik zaparkowany w szczytowym punkcie straszy odchodzącą rdzą. Na wypłaszczeniu szczytowym dwa skrajnie odmienne obrazy pierwszy to naprawdę zadbany park z przystrzyżonymi trawnikami, ławeczkami i alejkami wysypanymi żwirkiem, drugi to nieczynna restauracja, strasząca odchodzącym tynkiem, fragmenty zardzewiałych urządzeń będących niegdyś wesołym miasteczkiem i czynna choć też odrobinę przerdzewiała stacja telewizyjna. Ale nie po to wchodziliśmy na górę żeby patrzeć co jest na niej, góra służy do tego, aby spojrzeć co jest poniżej, co jest dalej. Pierwsze spojrzenie daje obraz miasta zamkniętego w dolinie, której oś stanowi rzeka Kura, przez Gruzinów nazywana Mtkavri. Największe skupisko zabudowań znajduje się najbliżej rzeki, w miarę oddalania się gęstość domków rzednie, a kiedy brzegi doliny unoszą się, a teren staje się pagórkowaty jest ich coraz mniej. Brązowe wody rzeki kluczą między zabudowaniami, co i raz pojawiają się i znikają. Miasto jest bardzo rozciągnięte wzdłuż, nawet ze szczytu Mtatsmindy nie jesteśmy w stanie ogarnąć jego krańców.
Główna aleja Tbilisi Rustaveli niczym nie przypomina głównych ulic miast, w których dotychczas byliśmy. Spacerując co i raz mijamy knajpki rodem z Nowego Światu i elegancko ubranych przechodniów. O tym, ze jesteśmy w Gruzji przypominają nam tylko równie gęsto ustawione budki z chaczepuri, babuszki sprzedające słonecznikowe nasiona i permanentny upał. Niemniej jednak spacer tbiliskimi ulicami to sama przyjemność. Dotyczy to zarówno ulic głównych, jak i tych mniejszych z drzwiami mieszkań wychodzącymi wprost na ulicę szerokości chodnika i ich mieszkańcami którzy żyją wieczną sjestą. Sjesta jest zresztą widoczna także w miejscach bliżej centrum. Oto w parku nieopodal ratusza siedzą obok siebie starsi panowie i niebieskie skupisko policjantów. Przecież ulice patrolować można także w cieniu
Tbilisi zwiedzamy z Dato. Jak większość Gruzinów uwielbia opowiadać o swoim kraju, o swoim mieście. Spacerując z Dato nie musimy się martwić, że nagle zapanuje w towarzystwie krępująca cisza, bo on nigdy do tego nie dopuści, każdą wolną chwilę wykorzystuje na opowieści, o wszystkim chce, abyśmy jak najwięcej przyswoili z historii Gruzji, polityki, historii miasta. Co i raz przewijają się imiona cesarzowej Tamary, Davida Budowniczego i obecnego prezydenta Saakaszwilego. Chłoniemy informacje w akademickim tempie i po kilku opowieściach jesteśmy w stanie skojarzyć kto był kim i w czym się wsławił.
W domu Murmana istotne miejsce zajmuje telewizor. Telewizor towarzyszy rozmowom w domu, a podczas posiłków w ogrodzie wychodzi razem z domownikami. Zdecydowanym faworytem wśród oglądanych programów są południowoamerykańskie seriale. Murman z nutką ironii opowiada, że dzięki tym serialom poszerza swoją wiedzę o świecie żartuje, że to prawie jakby tam był. Za to Zija przepełniona niepokojem śledzi losy licznych Jose i Marii, rezygnując czasem z tradycyjnego dotrzymywania gościom towarzystwa. Drugim, bijącym rekordy oglądalności w domu Murmana typem programów są wiadomości. Każda informacja zarówno z kraju, jak i ze świata okraszana jest bogatym komentarzem. Murman upewniał się w ten sposób, czy na pewno wszystko zrozumieliśmy. Wiedza o świecie Gruzinów imponowała nam. Rozmowy o polityce były nieodłącznym tematem każdego spotkania, a kiedy gruziński prezydent Saakaszwili spotkał się w Polsce z prezydentem Wałęsą, co i raz wołano nas do telewizora, abyśmy oglądali Stocznię Gdańską. Mieszkańcy Tbilisi reprezentują różne statusy społeczne. Raz zostaliśmy zaproszeni do domu poziomem zamożności znacznie odbiegającym od odwiedzanych dotychczas. Kiedy przeszłam przez bramę w murze tak wysokim, aby ciekawscy przechodnie z ulicy nie mogli dostrzec co znajduje się za nim, po raz pierwszy poczułam, że chyba nie jestem odpowiednio ubrana. Spojrzałam na swoje krótkie szorty i trochę już wyblakłą po wielokrotnym praniu bluzkę i zastanowiłam się czy wypada Moje obawy okazały się bezpodstawne, gdyż gruzińska gościnność pozostaje niezmienna, bez względu na to jak zamożni są gospodarze. Tradycyjnie zasiedliśmy przy stole i snuliśmy rozmowy o polityce, podróżowaniu, życiu Jednak był to jedyny dom, gdzie pokazując nam drogi sprzęt elektroniczny właściciele pytali, czy w Polsce też mamy kamery, aparaty cyfrowe itp. Późnym wieczorem nasi gospodarze zaproponowali, że pokażą nam Tbilisi nocą, oczywiście zgodziliśmy się, zdając sobie sprawę z tego co się dzieje dopiero w samochodzie. Gruzini po suto zakrapianej kolacji po prostu wsiedli do swoich aut i pojechali na miasto, a my razem z nimi. Policja? Tak spotkaliśmy kilku policjantów, jednych nawet pytaliśmy o drogę
Krętymi serpentynami zajechaliśmy na jedno ze wzgórz, otaczających Tbilisi. Kiedy wysiedliśmy z samochodów naszym oczom ukazało się morze różnokolorowych świateł. Miejscami światełek było więcej, w innych miejscach tylko nieliczne lśniące punkty zdradzały obecność ludzi. Wieczorną ciszę mąciły przytłumione odgłosy nocnego życia miasta. W tym momencie przez moją głowę przewinęło się kilka podobnych obrazów miast po zmroku. Kiedy nie widać budowli, świadczących o ludziach, którzy je zbudowali, ani przyrody, która ułatwia przypasowanie miejsc na ziemi każde miasto wygląda tak samo. W takiej chwili z łatwością zapomnieć mogę gdzie rzeczywiście się znajduję i bez problemów przenoszę się w miejsca, w których już byłam, ale też w takie w których dopiero będę.
W Tbilisi po raz pierwszy mieliśmy możliwość bliżej poznać naszych gruzińskich rówieśników i przekonać się, że w nich także głęboko zakorzenione są gruzińskie zwyczaje. Mimo że na stole zamiast tradycyjnego wina pojawił się trunek odrobinę mocniejszy, to kolejność i specyfika toastów pozostały niezmienione.

Gruzińską Drogą wojenną pod Kazbek

09m.jpgZanim dotrze się na słynną Gruzińską Drogę Wojenną odpowiednio długo poczekać trzeba na swoją kolejkę do marszrutki. Północ Gruzji droga wiodąca do granicy z Rosją nie stanowi bowiem na tyle atrakcyjnego kierunku, aby busiki odjeżdżały tam tak często jak w inne miejsca. Zanim taki pojazd odjedzie zebrać się musi ponadto odpowiednio wielu chętnych co należy rozumieć oczywiście przez zapełnienie każdej szczeliny pojazdu, jeśli nie człowiekiem to przynajmniej bagażem.
Do gruzińskiego upału po dwóch tygodniach powinniśmy się już byli przyzwyczaić. Jednak kiedy dotarliśmy na dworzec autobusowy upał w połączeniu z tłokiem, zgiełkiem dochodzącym z pobliskiego bazaru i nieznośnym zapachem spalin wprawił nas w nastrój nie tyle wściekłości co raczej beznadziei. Poruszaliśmy się jak muchy w smole w poszukiwaniu stanowiska, z którego odjeżdżają busiki do Kazbegi i nie bardzo zdawaliśmy sobie sprawę z tego co dzieje się dookoła nas. Kiedy już wreszcie znaleźliśmy odpowiednie stanowisko, dowiedzieliśmy się, że na kolejny busik trzeba będzie poczekać, chyba, że i w tym momencie kierowca zaprowadził nas do swojego auta. Nam było naprawdę wszystko jedno czy pojedziemy teraz czy za godzinę, toteż kiedy do kierowcy podbiegło kilku innych i zaczęło oskarżać go o łamanie kolejkowych zasad posłusznie wróciliśmy do ogólnej kolejki. Jej największą wadą było to, że ludzie czekali w pełnym słońcu, oddalenie się od tego zbiorowiska mogło poskutkować tylko tym, że marszrutka odjechałaby, a nam pozostałoby czekanie na kolejną. Tak więc razem z innymi czekaliśmy na swoją kolej i pokrywaliśmy się coraz grubszą warstwą wszechobecnego kurzu, który z łatwością przylegał do naszych spoconych ciał. Wreszcie drzwi pojazdu otworzyły się i nawet, ku naszemu zdziwieniu, udało nam się zająć całkiem dogodne miejsca przy oknach oczywiście. Miejsca przy oknach są wybawieniem kiedy marszrutka jedzie kiedy stoi, wręcz przeciwnie słońce prześwietlające przez szybę jest o wiele gorsze niż światło na zewnątrz. Wyjście z marszrutki na powietrze nie jest oczywiście czynnością możliwą kiedy miejsca siedzące są już zajęte, pozostali pasażerowie zajmują kolejne dostępne przestrzenie kto wyjdzie, już nie wejdzie, a przynajmniej nie tam gdzie był poprzednio. Zanim ruszyliśmy do busika zdążyło zajrzeć kilka sprzedawczyń bananów, krzyżówek, leków i chaczepuri.
Tbilisi i Kazbegi dzieli zaledwie sto kilometrów, ale przez trochę ponad pięć godzin podróży przenosimy się do zupełnie innego świata. W marszrutce jeszcze panuje tbiliski upał a na horyzoncie już majaczą kaukaskie zaśnieżone szczyty. Wysuszona słońcem roślinność powoli ustępuje miejsca soczystej zieloności. Płaska naga ziemia wybrzusza się i pokrywa roślinnością. Objuczona ciężarem podróżnych marszrutka wytężając wszystkie siły wspina się po krętych serpentynach. Silnik rzęzi, ale jedziemy dalej, to nie pierwszy i nie ostatni raz kiedy bus pokona trasę Tbilisi Kazbegi. Wystarczył moment, aby błękitne niebo w jednej chwili przykryła granatowa zasłona chmur. Kolejna chwila, aby runął z nich rzęsisty deszcz. Wielkie krople uderzały o dach i szyby pojazdu. Kierowca jechał, chyba na pamięć, bo przez gęstą deszczową falę nic nie było widać i to nie tylko dlatego, że jechaliśmy przy wyłączonych światłach. W miarę wznoszenia się temperatura stopniowo spadała. Początkowo był to poziom wystarczający dla komfortu cieplnego, cieszyliśmy się, że udało nam się uciec od gorącą. Po pewnym czasie zaczęłam zastanawiać się, gdzie jest mój plecak i jak najłatwiej dałoby się wyjąc z niego jakiekolwiek ciepłe ubranie. Największa wysokość, na jaką wdrapała się nasza marszrutka to 2379 m n.p.m., podczas zjeżdżania deszcz ustał, a przemoczone skały lśniły w promieniach wychodzącego zza chmur słońca.
Pierwszą czynnością jaką wykonałam po wyjściu z marszrutki w Kazbegi było błyskawiczne przekopanie plecaka i odszukanie w nim ciepłych rzeczy. Podczas całego pobytu w Gruzji już niemalże zapomniałam o istnieniu takich części ubrania jak skarpetki czy bluzy z długim rękawem, teraz nie marzyłam o niczym innym.
Kazbegi to maleńka miejscowość położona u stóp wygasłego wulkanu Kazbek (5033m n.p.m.) jednego z najwyższych szczytów Kaukazu, po gruzińsku nazywanego także Mkinvarstveri, co oznacza Lodowy Szczyt. Kiedy zbliżaliśmy się do wioski zastanawiałam się, czy rozpoznam Kazbek pośród okolicznych szczytów. Kiedy wysiadłam z marszrutki nie miałam wątpliwości która to góra. Kazbek króluje nad okolicznymi wierzchołkami, podczas gdy one toną już w wieczornym mroku, on delektuje się słonecznymi promieniami. To właśnie z Kazbegi wyruszają wyprawy wspinaczkowe, aby zdobyć górę, do której według mitologii bogowie przykuli Prometeusza. Sama nazwa Kazbegi pochodzi od imienia Alexandra Kazbegi wybitnego gruzińskiego poety.
Ledwo zdążyliśmy ogarnąć wzrokiem zupełnie nowe dla nas otoczenie, a zjawiła się tuż obok nas ekipa gruzińskiej telewizji. Kręcili właśnie materiał o turystyce w Gruzji i poprosili, abyśmy udzielili im wywiadu. Jak się później dowiedzieliśmy wywiad wyemitowano już następnego wieczora w głównym wydaniu wiadomości. Ja odpowiadałam na pytania po angielsku, natomiast Piotrek doczekał się gruzińskiego dubbingu.
Podczas całego pobytu w Gruzji brakowało mi gór i teraz czułam to bardzo wyraźnie. Postrzępione granie w oddali i pochyłość pod nogami na to czekałam. Nie zamierzaliśmy zdobyć Kazbeka, nie byliśmy na to przygotowani ani sprzętowo, ani fizycznie. Chcieliśmy podejść pod lodowiec, także i to się nie udało, ale łomot kamieni transportowanych przez lodowcowy potok uświadomił mi tylko z jak potężnym władcą gór trzeba się zmierzyć, aby wejść na szczyt, myślę, że kiedyś spróbuję
Nie odpuściliśmy jednak w całości. Najpierw wdrapaliśmy się w okolice cudownie położonego monastyru Tsminda Sameba, który pojawia się na większości fotografii Kazbeka. Mi także trudno było oprzeć się nieziemskiemu urokowi, jaki wytwarzał kościółek. Z zewnątrz malowniczy, w środku zaciszny i uduchowiony. Zimna posadzka i chłodne wnętrze świątyni pozwalało zebrać myśli i wyciszyć się na chwilę po męczącym podejściu. Z monastyru powędrowaliśmy wyżej. Jego widok nie dawał mi spokoju i co chwila odwracałam się, aby zrobić jeszcze jedno zdjęcie i kolejne i kolejne starałam się uchwycić etapowe znikanie kościółka nie tylko ze względu na nasze oddalanie się, ale przede wszystkim na jego zatapianie się w morzu chmur. Pogoda dookoła nas zmieniała się bowiem błyskawicznie. Przez chwilę świeciło słońce, aby za moment zniknąć pod grubą zasłoną chmur. W pewnym momencie miękka pierzyna z chmur spłynęła na wioskę Kazbegi i tak już pozostało.

Osetia Południowa

10m.jpgPrzypadek rządził naszym wyjazdem wielokrotnie. Nigdy nie wyszło nam to na złe, a moment kiedy przypadkowo znaleźliśmy się w ostetyńskiej wiosce wspominam jako jedno z najmilszych wspomnień z całego wyjazdu. Jarek postanowił wrócić do Tbilisi. Mi i Piotrkowi nie dosyć było gór i stwierdziliśmy, ze chcemy zwiedzić przynajmniej jeszcze jedną dolinę. Z problemem, że autobusy nie kursują na odcinkach dolina dolina poradziliśmy sobie stosunkowo szybko i po cierpliwym wyczekiwaniu złapaliśmy stopa. Spacer do wnętrza doliny przypominał trochę wkraczanie do innego świata. Nie był to świat gór, gdyż droga cały czas była płaska, ale nie był to też świat zamieszkały a przynajmniej tak nam się wtedy wydawało.
Szliśmy może godzinę, kiedy usłyszeliśmy za sobą warkot samochodu. Kiedy obejrzeliśmy się, zobaczyliśmy luksusowego jeepa z napędem na cztery koła i dwójkę roześmianych Gruzinów, którzy zapraszali nas do środka. Do głowy nam nie przyszło, co mogli robić o porze mocno popołudniowej w miejscu gdzie zaczyna się nic. Dopiero w trakcie rozmowy zorientowaliśmy się, że Gruzini skręcili w boczną drogę ponieważ nas zobaczyli i zechcieli nas trochę podwieźć. Początkowo rozmawianie szło nam całkiem nieźle posługiwaliśmy się tradycyjną angielsko rosyjską mieszanką językową. Po pewnym czasie zorientowaliśmy się, że dłuższe zdania sprawiają pasażerowi duży problem, słowa zamieniają się w nieartykułowane dźwięki, a głowa chwieje się niepewnie. Była niezła impreza pomyśleliśmy i kontynuowaliśmy podróż. Zaniepokojenie wzbudził dopiero fakt, że kierowca zachowywał się tak samo, a droga zaczynała trawersować strome zbocze doliny. Kiedy pod sobą zobaczyliśmy rwący potok i niepewne ruchy siedzącego przed nami kierowcy rozpoczęliśmy obmyślanie planu ewakuacji na wypadek, gdyby pojazd wylądował w strumieniu. Nasze rozmyślania przerwało zatrzymanie się samochodu bynajmniej nie celowe. Podwozie auta zawisło na olbrzymich fragmentach łupków oderwanych ze zbocza. O słabej głowie kierowcy najlepiej będzie tu świadczył fakt, że po wyjściu z samochodu nie był on w stanie utrzymać się na własnych nogach i czym prędzej musiał dopomóc sobie wróceniem na samochodowy fotel. Trochę kombinowania i przeszkoda została pokonana mięliśmy jednak drobne opory przed ponownym wsiadaniem do auta z drugiej strony nie wypadało odmawiać. Po chwili znowu siedzieliśmy w środku, zastanawiając się do czego nas ta jazda doprowadzi. Czas kolejnych emocji nastał nad wyraz szybko. Stało się to w momencie, gdy wjeżdżaliśmy na chybotliwy mostek, sklecony z luźno położonych blach. Co najistotniejsze, w momencie wjeżdżania kierowca właśnie szukał papierosów pod siedzeniem, więc jedynie czysty przypadek sprawił, że szczęśliwie znaleźliśmy się po drugiej stronie.
Teren pod kołami wypłaszczał się powoli, samochód też zwolnił. Zatrzymaliśmy się w miejscu gdzie w promieniach zachodzącego słońca lśniły rozległe tarasy trawertynowe. Wysiedliśmy z samochodu, podziękowaliśmy i dalej poszliśmy piechotą.
Nie mogłam oderwać oczu od zjawisk i form, które ukazały się moim oczom. Oto ze zlokalizowanych w ścianach doliny źródeł sączyły się silnie zmineralizowane wody. Z płynących po powierzchni wód wytrącał się, w tym akurat miejscu węglan wapnia tworząc niesamowitą białą rzekę z idealnie zarysowanymi kształtami zmarszczek. Napisałam że w tym akurat miejscu wytracał się węglan wapnia. Kiedy weszliśmy głębiej w dolinę napotkaliśmy inne źródła o zabarwieniu krwistoczerwonym lub żółtym z nieznośnie unoszącą się siarkową wonią.
Mrok w dolinie gęstniał powoli. Coraz mniej miejsc rozświetlało blade słoneczne światło, coraz więcej tonęło w ciemnościach. Góry, nisko zawieszone chmury, zmrok i dwoje wędrowców, sceneria jak z tajemniczej opowieści. I wtedy przygalopował do nas na koniu ON samotny wąsaty jeździec w skórzanej kurtce i czapce na głowie. Do dziś nie wiem dlaczego pierwszymi słowami, które do nas wypowiedział było polskie "Dzień dobry", ale tego dnia już nic nie było w stanie nas zaskoczyć. Krótka rozmowa uświadomiła nam że znajdujemy się już na terenie Osetii Południowej, a on jest Osetyńcem w żadnym wypadku nie Gruzinem i na imię mu Timur. Zapewnił nas, ze dolina jest miejscem pod każdym względem bezpiecznym, nie mamy czego się obawiać i spokojnie rozbić możemy namiot w pobliżu widocznej na horyzoncie wioski. Po tych słowach odjechał.
Zostaliśmy sami z naszymi wątpliwościami. Dlaczego mamy się nie obawiać? Właśnie w tym momencie uświadomiliśmy sobie swoje położenie znajdowaliśmy się w bliżej nieokreślonej dolinie wewnątrz gruzińskiego Kaukazu, która w dodatku przynależy już do Osetii Południowej. W dodatku ktoś nas zapewnia, że jest tu bezpiecznie dziwne że wcześniej pominęliśmy tę drobną kwestię bezpieczeństwa Pora był już jednak stanowczo za późna na jakiekolwiek zmiany decyzji, i tak nie mieliśmy zresztą na nie ochoty. Szliśmy więc dalej, delektując się zmieniającymi się o zmroku barwami doliny. Pierwsza napotkana wioska, na wioskę wyglądała tylko z oddali, kiedy to niemożliwe było rozróżnienie kształtów poszczególnych domów, a jedynie stwierdzenie, że jakieś domy tam stoją. Jednak to, co zobaczyliśmy nie było domami, lecz fragmentami zabudowań, które niszczały i stopniowo ginęły pod gęstym przykryciem ekspansywnej roślinności. Tak było kiedy przekraczaliśmy granice wioski, tak było kiedy wędrowaliśmy przez jej środek. Jeden tylko dom zdawał się być zamieszkały przydomowe podwórko wyglądało na wydeptane, wewnątrz dostrzegliśmy ruch. Wtedy wyszła do nas filigranowa babuleńka ciekawa, kto zapuścił się w te ostępy. Zapytaliśmy czy możemy pośród otaczających nas ruin rozbić namiot. Babcia nie miała nic przeciwko, a nawet wskazała nam co lepsze miejsca oraz strumień z dobrą wodą. Kiedy czerpaliśmy wodę znowu zaskoczył nas widok Timura. Kiedy powiedzieliśmy, że właśnie szykujemy się do rozbicia namiotu nie zgodził się. Stwierdził, ze musimy tę noc spędzić u niego w domu, gdzie zajmie się nami jego mama i gdzie będzie nam dobrze, jak nigdzie indziej. Zgodziliśmy się, a jedyną obawą jaka nam wtedy przyszła do głowy była ta, czy nie narobimy Timurowi kłopotów.
Zostałam posadzona na konia razem z plecakami. Koń szedł spokojnie prowadzony przez swojego właściciela, a plecaki zwisały po bokach niczym u osiołka. W dolinie było już prawie zupełnie ciemno, kiedy dotarliśmy do kolejnych zabudowań. Stamtąd nasz przewodnik wziął drugiego konia, którego sam dosiadł. Koń, na którym dotychczas jechałam dostał dodatkowe obciążenie w postaci Piotrka. Ruszyliśmy. Zapadła już noc i teren po którym się poruszaliśmy rozpoznawałam tylko po odgłosach, jakie wydobywały się spod końskich kopyt. Pluskanie przekraczamy strumień, paćkanie brniemy przez błoto, szelest ocierającej się trawy, stukot kopyt uderzających o kamienie. Kiedy wzrok przyzwyczaił się do ciemności mogłam rozróżnić, gdzie kończą się nisko zalegające o tej porze mgły. Nie wiem, jak długo szliśmy. Wtedy trwało to dla mnie całą wieczność. Mój koń, nieprzyzwyczajony do prowadzenia przez obcych szybko wyczuł niedoświadczoną rękę i protestował, kiedy taka była jego wola. Najtrudniej było mi mierzyć się ze strumieniami. Miejscami woda była naprawdę głęboka, a końskie kopyta mogły utknąć między transportowanymi przez rzekę głazami.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, wioska tonęła w ciemnościach. Ostatni, wiodący stromą ścieżką odcinek pokonaliśmy pieszo. Pod stopami czułam miękką, rozpływającą się masę dopiero rankiem, kiedy przyjrzałam się butom zobaczyłam, po czym stąpaliśmy. Moje obuwie w znacznej części pokryte było krowimi odchodami. Kiedy weszliśmy do domu mama Timura krzątała się przy kuchni. W pomieszczeniu panował półmrok, rozjaśniany jedynie przez nikłe światło lampki naftowej. Byliśmy wygłodniali i przemarznięci, więc już sam zapach podgrzewanych potraw pobudził nas do życia. Po chwili siedzieliśmy i pałaszowaliśmy zupę z barana z gigantycznymi kawałkami tłustego mięsa i równie wielkimi kawałkami ziemniaków. Mama Tiumura nie wydała się ani zaskoczona naszym przyjazdem, ani tym bardziej zbita z tropu. Zostaliśmy potraktowani jak wyczekiwani goście. Zaraz też na stole pojawił się podstawowy trunek jednoczący ludzi wschodu tym razem był to oryginalny osetyński arak. Pierwsza szklanka toast za Boga, ciepło w środku, w głowie nie czuć nic; druga i drugi toast w głowie nic, trzecia wystarczy ale w głowie ciągle nic. Czuję, że piję coś naprawdę mocnego, choć zupełnie nie odczuwam efektów. Energodajna kolacja pobudziła nas do życia, a może tak naprawdę to nie o kolację chodziło, tylko o to, co do niej podano. Timur ostrzegał nas, że to zwodniczy trunek i w przeciwieństwie do Gruzinów, z którymi dotychczas piliśmy nie namawiał nas na dolewki... wiedział przecież co nam wlewa. Nasze luźne rozmowy przerwało zdecydowane spojrzenie Timura w moją stronę i pełne wyrzutu pytanie 'Nu kak?!?' po czym wskazanie na pusty talerz Piotrka. W ten sposób zrozumieliśmy kolejną różnicę w gruzińskim i osetyńskim podejmowaniu gości. W Gruzji nasza rola polegała przede wszystkim na uczestniczeniu w uczcie, nie musieliśmy troszczyć się nawet o dokładanie sobie jedzenia na talerz, gdyż o to dbała nie tylko zapobiegliwa gospodyni, ale każdy z biesiadników, który spostrzegł, ze dziwnym trafem, z naszych talerzy zieje pustka. W Osetii status gościa jest zupełnie inny. Powitanie jest tak samo serdeczne, jednak po zjedzonym posiłku gość sam powinien o siebie dbać, a ja jako dziewczyna powinnam dbać także o swojego towarzysza. Nowy układ bardzo nam odpowiadał, dlatego po krótkim zastanowieniu i zrozumieniu o co chodzi wstałam i nalałam Piotrkowi kolejną porcję zupy. Znacznie lepiej czułam się mogąc pomóc gospodyni posprzątać i pozmywać. Całodzienne zmęczenie powoli zaczynało dawać nam się we znaki, dlatego kiedy tylko mama Timura zaproponowała spanie, nie śmieliśmy odmówić. W jednym z pokojów czekały już na nas łóżka z puszystą pierzyną... marzenie. Zanim jednak położyliśmy się spać należało wykonać standardowe wieczorne czynności. Normalnie nie wymienia się ich, jednak w tym momencie ich znaczenie jest kluczowe tak więc przed spoczynkiem zdołałam wyjść do położonego nieopodal na stoku wychodka, umyć zęby i w pełni skupiona zdjąć soczewki. Pozostało tylko zgaszenie światła, a że lampka stała nad moim łóżkiem, to mi przypadło to zadanie. Piotrek zdążył tylko zażartować, abym nie spadła z łóżka, kiedy wyciągając rękę poczułam jak obezwładnia mnie siła osetyńskiego araku. Ręka wyciągnięta do lampki nie zdołała osiągnąć celu, ponieważ druga, opierająca się na poręczy łóżka jakby przybrała konsystencję galarety, a potem już swobodnie osunęłam się na ziemię.
Poranny chłód nie zachęcał do wystawiania nosa spod pierzyny, jednak perspektywa wędrówki w głąb doliny była silniejsza niż lenistwo. Mama Tiumura od dawna była już oczywiście na nogach, a jednym z jej porannych zajęć okazało się przygotowanie nam śniadania. Chwilę po tym jak zasiedliśmy do stołu, pojawiła się na nim gorąca zupa mleczna marzenie, a kiedy wydawało nam się, że jesteśmy tak syci, że to koniec śniadania, mama Timura postawiła dwa talerze plackami podobnymi do chaczepuri, dopiero co wyjętymi z pieca. Pierwszy z delikatną, rozpływającą się w ustach masą kartoflaną, drugi z masą serową. Niemal w tej samej chwili, gdy na stole nasza gospodyni postawiła talerz z kawałkami osetyńskiego sera białego, Piotrek zaczął nerwowo rozglądać się dookoła. Oglądał swoje buty, ręce, nogi i dopiero w odpowiedzi na moje zdziwione spojrzenie wyjaśnił, ze poszukuje źródła dziwnego zapachu, który rozprzestrzenia się po pomieszczeniu. Nie wiem, dlaczego poszukiwał go na sobie, moje podejrzenie na źródło rzeczywiście intensywnej woni, podobnej trochę do zapachu niezbyt świeżych butów, pomieszanego z kupą padło na niewinnie wyglądający ser. I rzeczywiście, przyłożony do nosa kawałek cechowała tak intensywna i nieprzyjemna woń, że tak trudno było nam uwierzyć, ze jedzenie może coś tak okropnego wydzielać, ze spróbowaliśmy po kawałku. Smak, rzeczywiście intensywny nie był na szczęście tak odrzucający. Doszliśmy do wniosku, że zapach musi mieć jednak coś wspólnego z wszechobecnymi krowimi kupami: przecież po kupach tutaj się chodzi wyłożona jest nimi ścieżka do domu, w kupach się żyje - to doskonała zaprawa przy budowie domów, kupami się pali brak tutaj drewna, a odchody dają dużo ciepła.
Po śniadaniu wyposażeni w wiekowy plecaczek Timura, ruszyliśmy we wskazanym kierunku, gdzie wedle opisów znajdować się miała mityczna, zapierająca dech w piersiach wioseczka Lednik. Tak przynajmniej zrozumieliśmy wskazówki naszych gospodarzy. Krocząc niewyraźną ścieżką nad brzegiem szumiącego lodowcowego potoku, w otoczeniu krzaczastych roślinek na podmokłym gdzieniegdzie podłożu i porozrzucanych wszędzie kamieni czułam się trochę jak w bajce. W oddali, z idealnie zarysowanego cyrku wypływał przepiękny, modelowy lodowiec. Ponad nim ostre, postrzępione skały co i raz zanikały w chmurach, żeby za chwilę znowu błyszczeć w słońcu. Wszystko działo się tutaj przypadkowo i było tak naturalne i proste, że czasem zastanawiałam się, po co człowiek komplikuje sobie życie. Nasza sielanka skończyła się w momencie, gdy dotarliśmy do stromo opadającego prosto do strumienia piargu. Przejście osypujących się mas kamieni i żwiru mimo naszych usilnych prób okazało się niemożliwe, każde podejście nieuchronnie kończyło się zjazdem, a z im większej wysokości zsuwaliśmy się, tym mniej było to przyjemne. Próba przekroczenia strumienia także zakończyła się niepowodzeniem. Rwąca woda nie wzbudzała w nas zaufania i raczej nie chcieliśmy siebie nawzajem z niej wydobywać. Z utęsknieniem popatrzyliśmy w kierunku lodowca. Był tak niesamowicie blisko, a jednocześnie dotarcie do niego było tak irytująco niemożliwe. Nie wiem, czy właśnie wtedy, czy już wracając w naszych głowach zaczęły pojawiać się pewne przypuszczenia, że być może Lednik nie oznacza nazwy wioski, być może oznacza to coś innego, coś co znajduje się na końcu doliny, coś pięknego i wartego obejrzenia z bliska LODOWIEC.
Po powrocie dwoje naszych wioskowych przyjaciół zabrało nas do ruin starego kościółka, położonych na grzbiecie, w miejscu, gdzie 'nasza' dolina łączyła się z inną doliną. Z rozmarzeniem powydziwialiśmy roztaczający się u naszych stóp widok na dolinę, wioskę, lodowiec, sąsiednią dolinę i postrzępioną grań głównego grzbietu kaukaskiego. Kiedy po raz kolejny zapytaliśmy o granice miejsca, gdzie się znajdujemy, usłyszeliśmy taką mniej więcej odpowiedź 'Tutaj się urodziłam, tutaj jest moja ojczyzna, tu jest Osetia Południowa. Granice wyznaczają politycy. Granice są widoczne na mapach, ale dla nas te granice nie istnieją. Za tamtą górą jest już Rosja, za tamtą jest Gruzja, a tu jest Osetia, była i zawsze będzie'. To uświadomiło mi rzeczywisty stosunek mieszkańców Osetii do swojej ojczyzny, do miejsca, które na mapie nie występuje jako państwo. Gruzja jest maleńkim państewkiem, na swoje nieszczęście podzielonym wewnętrznie. Poszczególne regiony bardzo silnie odczuwają swoją odrębność Abchazja wystarczająco silnie, aby walczyć o oderwanie się, Osetia silnie na tyle, aby otwarcie manifestować swą niechęć do Gruzji i otwierać się na związki z Rosją i sąsiadująca Osetią Północną.
Życie mieszkańców wioski, w której przyszło nam się zatrzymać nie jest łatwe. Zaledwie kilka ciepłych, letnich miesięcy pozwala im wrócić w ukochane miejsce, pozostałą część roku spędzają, jako mieszkańcy położonego po rosyjskiej stronie Władykaukazu, politycznie, przynależącego do Osetii Północnej. Wracają, kiedy tylko śnieg stopnieje na tyle, że dojazd wgłąb doliny jest możliwy. Zazwyczaj zastają zniszczone licznymi lawinami domy, które pracowicie co roku odbudowują. To właśnie obecność lawin sprawia, ze niemożliwe jest doprowadzenie elektryczności. Próby takie podjęto raz, jednak lawina zerwała kable i mieszkańcy doskonale radzą sobie używając naftowych lampek. Nie wszyscy mogą spędzić cały letni sezon w ukochanej ojczyźnie. Część na stałe mieszka we Władykaukazie, ma tam pracę, a przyjeżdża jedynie po to, aby choć na kilka dni przenieść się w miejsce, gdzie normalne problemy tracą wagę i ważniejsze staje się podkucie konia i wysuszenie krowich placków. Kiedy tylko powróciliśmy do wioski od razu zaproszono nas na obiad i nieistotne jest to, że trafiliśmy do innego domu, niż ten, w którym mieszkaliśmy. Błyskawiczne obrane ziemniaki wylądowały na patelni razem z cebulką i po chwili całe pomieszczenie wypełniła smakowita woń. My tymczasem pałaszowaliśmy gorącą zupę fasolową. Po wiosce zdążyła rozejść się już wieść, że wróciliśmy i do mieszkania zaczęły napływać coraz to nowe osoby. Niektórzy na chwilę, gdyż goniły ich obowiązki, inni na stałe zajmowali miejsca przy stole. Różnica wieku, sięgająca czasem 60 lat nie stanowiła przeszkody, aby wspólnie zasiąść przy stole, rozmawiać, żartować, śmiać się i pić. Właśnie, pić. W odróżnieniu od Gruzji w Osetii klimat jest surowszy, a dostępność trunków mniejsza, dlatego pije się trunki mocniejsze. Obowiązkowo powalający arak, noszony w piersiówkach na wszelki wypadek koniak i rozcieńczany czysty spirytus. Bałam się trochę, co może stać się po takiej mieszance, ale na szczęście tłuste ziemniaczki zniwelowały działanie wypitych alkoholi.
Po jedzeniu i piciu przychodzi zazwyczaj czas trudniejszych rozmów, tak było i tym razem. Jeden z uczestników, starszy wiekiem dziadek wyjął spod marynarki książkę biografię Stalina. Patrząc w naszym kierunku zapytał:

Stalin haroszyj ili niet?

Tutaj konsternacja z naszej strony, co powiedzieć. Trudno wybrnąć dyplomatycznie, kiedy sugerowana odpowiedź jest tak lub nie. Piotrek nie bawił się w dyplomację i śmiało stwierdził.

Stalin? Niet!

W tym momencie twarz dziadka złowrogo poszarzała i rozpoczął swój wywód na temat wszystkich dobrych rzeczy które zdziałał wielki wódz, popierany kolejnymi cytatami z książki i pokazywaniem fotografii. Nie przeszkodziły mu w tym co i raz wtrącane argumenty Piotrka o tej gorszej stronie działalności Josifa Wisarianowicza. Nasz rozmówca zdawał się ich nie dostrzegać i nie przyjmować do wiadomości. I wtedy padło kolejne pytanie:

A Chruszczow, haroszyj ili niet?

I znowu konsternacja, jak tu być dyplomatą. Ze strony Piotrka pada kolejna odpowiedź.
Chruszczow? Niet horoszyj!

Na to słyszymy kolejny historyczny wywód starszego pana. I wreszcie trzecie pytanie:

A Gorbaczow, haroszyj ili niet?

I kolejna odpowiedź:

Gorbaczow? Haroszyj!

Reakcji łatwo się domyśleć, to już trzecie oburzenie dziadka, po którym nastąpiło pełne emocji wyjaśnianie, jak to Gorbaczow zniszczył wszystko, co do tej pory zbudowali wielcy przywódcy. Atmosfera trochę się zagęściła i zaczęliśmy nawet obawiać się jak to się wszystko dalej potoczy, ale na szczęście nie wszyscy obecni mieli tak zdecydowane podejście do tematu. Kolejka araku ostatecznie załagodziła sytuację.
Kolejny dzień był naszym ostatnim, spędzonym w osetyńskiej wiosce, spakowaliśmy swoje rzeczy, które jak to podczas każdego dłuższego pobytu, zdążyły eksplodować z naszych plecaków. Myśleliśmy o wyruszeniu zaraz po śniadaniu, tym bardziej, że gorący ziemniaczany placek odnowił nasze pokłady energii, jednak uzależnieni byliśmy od naszych gospodarzy bez pomocy koni trudno byłoby nam przekroczyć rwącą rzekę. Po śniadaniu rozpoczęliśmy długi proces pożegnań. Każdego należało uściskać i zapisać adres, potem zrobić pamiątkowe zdjęcie i obiecać przesłanie go. Pożegnanie przerwało nieoczekiwane zabranie nas do jednego z domów, gdzie dostaliśmy porcję mocnej, słodkiej kawy, po czym wróciliśmy do pożegnań. Te jednak znowu zostały przerwane, tym razem zostaliśmy zabrani do domu, gdzie stół był już zastawiony, i na nic zdały się wyjaśnienia, że właśnie zjedliśmy śniadanie. Obawialiśmy się picia i pozornie nic nie wskazywało na konieczność zażycia porannej dawki osetyńskich trunków, tym bardziej, że na stole obok ziemniaczanych placków i gotowanego mięsa barana postawiono czajnik. Toast i wszystko jasne, bez picia się nie obejdzie. Podczas gdy nas ugaszczano, mężczyźni zajmowali się podkuwaniem koni, a kobiety szykowały świąteczne stroje - tego dnia wszyscy wybierali się do kościoła w pobliskiej dolinie. I tylko to utrzymywało w nas nadzieję, że tego dnia opuścimy wioskę, bo trzecie już nasze śniadanie ma się szybko zakończyć. Na szczęście, kiedy podkuto konie, zapakowano na nie wszystkie nasze rzeczy a na końcu nas. Przeprawa przez strumień budziła emocje, jednak obyło się bez przemoczenia. Ostatnie uściski i każdy ruszył w swoją stronę. Droga powrotna w słońcu wyglądała zupełnie inaczej niż zapamiętaliśmy ją jadąc wśród mgieł po ciemku. Teraz dokładanie mogliśmy przyjrzeć się otaczającym nas, rozświetlonym grzbietom. Kolejno mijaliśmy opuszczone wioski i zastanawialiśmy się, ile takich na wpół zamieszkałych osad kryją w sobie kaukaskie doliny. Tak doszliśmy do miejsc, które przemierzyliśmy samochodem. Włosy jeżyły nam się na głowach, kiedy spoglądaliśmy na rwącą rzekę i niepewną drogę, po której wiózł nas pijany kierowca. Bardzo szybko doszliśmy do przelotowej drogi do Władykaukazu i po krótkim namyśle zdecydowaliśmy się skończyć naszą kaukaską wędrówkę i złapać marszrutkę do Tbilisi. Pojazd, który się zatrzymał był wypakowany po brzegi, a mimo to udało się w nim umieścić jeszcze nas dwoje i nasze plecaki. Góry pożegnały nas deszczem, tak jest chyba najlepiej, mniejszy jest żal z ich opuszczania, a i tak tęsknota powraca błyskawicznie, zaledwie po kilku dniach komfortu.

Poti w gruzińskim porcie

11m.jpgKiedy zajechaliśmy do Poti, słońce grzało jeszcze całkiem silnie, ale godziny były już popołudniowe. Wiedzieliśmy, że czasu na znalezienie spania zostało nam niewiele, a dodatkowo zatroszczyć musieliśmy się także o transport powrotny do domu. Po kilku zaledwie wskazówkach, otrzymanych od uczynnych przechodniów znaleźliśmy biuro jednej z firm, prowadzącej sprzedaż biletów na rejsy statkami przez Morze Czarne. O ile z zewnątrz wyglądało ono nawet nowocześnie, o tyle po przekroczeniu progu w magiczny sposób przenosiliśmy się jakieś 50 lat wstecz. Wnętrza od wielu lat nie zaznały zmian, a w kątach piętrzyły się sterty niezwykle pożółkłej dokumentacji. Cena biletu do Odessy 150 $ wydała nam się nieco wygórowana, dlatego zapytaliśmy naszego niezbyt rozgarniętego rozmówcę, czy naprawdę nie istnieje możliwość znalezienia czegoś tańszego. Ten nie powiedział ani tak, ani nie, zaprowadził nas do obszernego gabinetu i polecił usiąść na sprężynującej kanapie; sam zaś zajął miejsce za biurkiem. Co i raz wystukiwał coś na klawiaturze i z zainteresowaniem śledził pojawiające się na ekranie monitora komunikaty, po czym wykonywał telefony wysokiej wagi. Po 15 minutach stwierdziłam, że wyskoczę po Colę i zostawiłam Piotrka na posterunku. Po pół godzinie sytuacja nie zmieniła się, dlatego zgodnie stwierdziliśmy, że czym prędzej należy rozejrzeć się za spaniem i już może nie tak zgodnie ustaliliśmy, że będzie to moje zadanie. Krótkie zastanowienie i już wiedziałam, że najwięcej zdziałam w porcie. Stanęłam na środku placu, zaczęłam rozglądać się z zaciekawieniem i czekałam na to, co się stanie. Nie trwało to długo. Zaraz zjawił się bowiem "portowy ludek"; niewysoki, opalony, bez większości zębów, za to promiennie uśmiechnięty:
Czego tutaj szukasz dziewczynko? zapytał troskliwie
Szukam miejsca, gdzie mogłabym się przespać odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Na to stwierdzenie oczy portowego ludka rozjaśniło nieziemskie światło.
Możesz spać u mnie
No tak, tylko, że ze mną jest jeszcze dwóch chłopaków.
Mimo tej drastycznej prawdy, uśmiech nie zszedł z twarzy mojego rozmówcy, po chwili dodałam, że mamy ze sobą namiot i że właściwie to szukamy miejsca, gdzie możnaby go rozbić. Nie ma problemu, przyprowadź kolegów, ja tu będę i na pewno was zauważę. Odetchnęłam z ulgą, nie przypuszczałam, że pójdzie tak błyskawicznie, choć z drugiej strony zaczęłam, się zastanawiać, czy wszystko nie poszło zbyt łatwo i co z tego może wyniknąć. Żeby rozwiać swoje wątpliwości podeszłam do pani sprzedającej ziarna słonecznika i zapytałam, czy "portowy ludek"; to dobry człowiek. Dowiedziałam, się, że absolutnie nie mam powodów do obaw. Po chwili namysłu pani zapytała:

U ciebie jest mama?
Tak.
A tata?
Tak.
A brat?
Tak.
A mieszkacie razem?
Tak.
I oni ciebie wypuścili tak samą?
tak

Wtedy po raz kolejny uświadomiłam sobie, jak silnie zakorzeniony jest w gruzińskiej kulturze podział ról męskich i żeńskich. Nie do pomyślenia jest, aby dziewczynie wpadł do głowy pomysł samotnej podróży gdziekolwiek. Całe szczęście miałam ze sobą Piotrka i Jarka, którzy odbierani byli jak moi opiekunowie. Gdyby ich nie było, obawiam się, że ludzie mogliby mnie tutaj źle odbierać, czasem nawet złowrogo. Jednym z pierwszych pytań, jakie kierowane do mnie, kiedy pojawialiśmy się gdzieś we trójkę bardzo często było, który z moich towarzyszy jest moim mężem. Kiedy bez namysłu, zgodnie z prawdą odpowiadałam, że żaden kobiety z zachęcającym uśmiechem zaczynały snuć opowieści o swoich niezwykle atrakcyjnych synach kawalerach. Podczas, gdy ja prowadziłam pertraktacje portowe, nieopodal w biurze sprzedaży biletów Piotrek cierpliwie czekał na rozwój wydarzeń. Czekał i czekał, gdy wreszcie minęła godzina pracy pracownika biura dowiedział się, że bilety kosztują 150 $ i nie mogą kosztować mniej. Doszliśmy do wniosku, że damy sobie spokój z rejsem przez Morze Czarne choć perspektywa wypoczynku na leżakach i sączenia chłodnego koktajlu kusiła. Udaliśmy się jednak oglądać miejsce wyszukane nam przez "portowego ludka";. Ten, wypatrzył nas zgodnie z obietnicą, w chwili gdy tylko weszliśmy na plac i zaprowadził za okalający placyk płot. Pokazał na porośnięty trawą skrawek i powiedział, że możemy rozbić się w ty miejscu. Chyba wszystkim w tym momencie zrobiło się głupio mi, ze zaprowadziłam chłopaków w takie miejsce, chłopakom, że zostali w takie miejsce zaprowadzeni, a portowemu ludkowi, chyba też, bo zaraz dodał, ze ma coś lepszego, jeśli nie przeszkadza nam spanie na statku. Poszliśmy w kierunku gigantycznego, w dużym stopniu zardzewiałego statku handlowego kilka przywołujących okrzyków sprawiło, że zza burty wyjrzała ku nam brodata twarz bosmana. Jej surowy wyraz nie wróżył dobrze, ale jak się okazało, bosman zgodził się przenocować nas na pokładzie swojego unieruchomionego na wodzie statku. Wspięliśmy się po stromej drabince, przywitaliśmy z dwuosobową załogą, złożoną z bosmana i jego syna, zostawiliśmy na statku rzeczy, sami zaś poszliśmy na zakupy perspektywa wieczoru z marynarzami wydała nam się zobowiązująca. Kiedy wróciliśmy akcja potoczyła się sama, wspólna kolacja, wspólne picie, w stopniu, który odrobinę przekroczył nasze przypuszczenia co i raz dochodzili do nas nowi goście, z których każdy przynosił coś, czego nie można było nie spróbować. W efekcie znowu upiekło się tylko mi, oczywiście z racji bycia dziewczyną. Poranek był trudny, nie przeszkodziło mi to jednak wstać wcześnie i uchwycić nieśmiało pełzające po pokładzie promienie porannego słońca. Z chłopakami było odrobinę gorzej i nawet kąpiel w morzu nie uleczyła tego, co zdziałał wczorajszy wieczór. Ta chwilowa niedyspozycja przedłużyła nasz pobyt na statku i dopiero po południu udało nam się zebrać w stopniu umożliwiającym wyruszenie.

Batumi Sarpi Istambuł Jassy Suczawa Czerniowce Lwów Przemyśl Warszawa/Ostróda

12m.jpgW Batumi staraliśmy się szybko załatwić wszystkie sprawunki i dojechać do granicy. Nie mieliśmy co prawda pomysłu, co zrobimy, jak już to się stanie, jednak odruchowo spieszyliśmy się. Kiedy zajechaliśmy do Sarpi, czerwone słonko powoli skrywało się za spokojnymi wodami Morza Czarnego, a my jak zwykle w takiej sytuacji nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić. Mieliśmy przed sobą perspektywę namiotowego noclegu na gruzińskiej plaży lub analogicznego po stronie tureckiej bezpieczeństwo obu rozwiązań budziło wiele wątpliwości. Standardowo zostawiliśmy Jarka z bagażami, natomiast ja i Piotrek poszliśmy szukać wyjścia z tej coraz bardziej komplikującej się sytuacji. I kiedy tak staliśmy na drodze, zastanawiając się w którą najpierw pójść stronę zauważyliśmy jadący prosto na nas autokar z tabliczką Baku ISTAMBUŁ. To niemożliwe, aby szczęście aż tak nam sprzyjało, ale autobus rzeczywiście istniał.
Rozmowa z kierowcą była krótka i rzeczowa:

Czy ten autobus jedzie do Istambułu?
Tak.
Czy możemy się zabrać?
Tak.
A ile to będzie kosztowało?
A skąd jesteście?
Z Polski.
25$. Czekajcie na mnie za granicą.

I tym sposobem w jednej chwili rozwiały się wszystkie nasze problemy. 45$ kosztował nas przejazd Istambuł Uyun; 25 $ pokonanie całego tureckiego wybrzeża. Autobus, którym przyszło nam podróżować miał charakter nieco nieformalny, co być może wynikało z faktu, iż pasażerowie jechali razem aż z Baku i zdążyli się ze sobą bardziej zaprzyjaźnić. Nieodłączną rolę odgrywał w tym zaprzyjaźnianiu się, lejący się strumieniami alkohol, zagryzany kiełbasą, o intensywnym zapachu, przepełniającym wnętrze pojazdu. I nie byłoby to aż tak bardzo irytujące, gdyby nie fakt, że średnio co 50 km autobus zatrzymywał się, aby pasażerowie wytoczyli się na chwiejnych nogach celem załatwienia swoich potrzeb. Cierpliwie znosiliśmy częste postoje nocą, nie przeszkadzały nam o poranku, jednak już koło południa zaczęliśmy uświadamiać sobie, że nie mamy szans na dojechanie do Istambułu przed zmrokiem po raz kolejny zobaczyliśmy przed sobą koszmar gorączkowego poszukiwania spania w nieznanych uliczkach Istambułu. Stało się zgodnie z naszymi przypuszczeniami i opuściliśmy autobus w bliżej nieokreślonym miejscu koło godziny 22. w odnalezieniu hotelu pomógł nam pewien Gruzin z Batumi, który po zapisaniu nam swoich namiarów nie omieszkał nas do siebie zaprosić.
Następnego dnia, do odjazdu autobusu do Jassów w Rumunii mieliśmy trochę czasu, postanowiliśmy więc spędzić go na mieście. Podczas poprzedniego pobytu w Istabmule wydawało mi się, ze w miejscu tym nigdy nie pada deszcz, tego dnia był wyjątek od nigdy, więc spacerowaliśmy przemoczeni w strugach deszczu.
Siedząc w autobusie szybko zorientowaliśmy się, że praktycznie wszyscy pasażerowie w nienaturalnym stopniu od stóp do głów obwieszeni są złotem i skórami. Pierwsze godziny drogi spędziliśmy na obserwacjach i obliczaniu ile kto ma na sobie kolczyków, łańcuszków, wisiorków, bransoletek na nogach i rękach, pierścionków, sygnetów, płaszczy, kurtek i kamizelek. Cały ten ekwipunek wart był zapewne więcej niż wiozący go autobus. Już na granicy bułgarsko rumuńskiej dane nam było przekonać się, jak to jest założyć na siebie równowartość naszej miesięcznej wycieczki, gdyż najpierw nasi współpasażerowie zbudzili nas, po czym poprosili o założenie kilku świecidełek i ciepłych kurtek, na wypadek, gdyby po wyjściu z autokaru było nam zimno. Nowe wyposażenie świetnie pasowało do ubłoconych plecaków i przetartych sandałów, z których wystawały średnio czyste stopy.
Z Jassów marszrutką przedostaliśmy się do Suczawy, a stamtąd autobusem przekroczyliśmy kolejną granicę, aby spokojnie oczekiwać w Czerniowcach na pociąg do Lwowa. Jako, że typ pociągu obszczij w drodze dojazdowej wyszedł nas bardzo korzystnie bez wahania wybraliśmy taki środek transportu i tym razem. Jakie było nasze zdziwienie, gdy po wejściu do pociągu ujrzeliśmy wagon typu kurnik z drewnianymi ławkami do siedzenia. Ta noc nie należała do najprzyjemniejszych zwłaszcza, ze spędziliśmy ją w pozycji siedząco leżącej w stanie śpiąco czuwającym, opierając na zmianę nogi i głowę na plecakach. Ponieważ Lwów już od kilku wyjazdów stał się dla mnie nieodłącznym punktem w drodze do domu i tym razem odwiedziłam znajome miejsca.
I to już właściwie koniec opowieści. Moment powrotu do domu to czas, kiedy w głowie tkwią jeszcze wydarzenia z całego wyjazdu, samoistnie odtwarzają się sytuacje i przypominają o sobie minione chwile; jednocześnie perspektywa powrotu sprawia, że coś wewnątrz uwalnia tęsknotę do tego domu, z którego jeszcze tak niedawno wyrwała nas niewidzialna siła. Ale najważniejsze jest to, ze ta siła powróci...

Na zakończenie chcę jeszcze przytoczyć refleksję o Gruzji, jaką po powrocie stamtąd wysnuł Ryszard Kapusciński. Co prawda napisał to w roku 1968, jednak myślę, że i mi Gruzini przekazali podobną umiejętnośc: "Gruzin lubi, żeby jego dzień pracy i trosk został zamknięty pogodnym akcentem. Żeby jakiś uroczysty moment nadał temu dniu wartość przeżycia i utrwalił go w pamięci. Żaden dzień nie powtórzy się dwa razy i dlatego każdy z osobna trzeba czcić jak święto, jak wydarzenie. I Gruzin oddaje się temu obrzędowi całym sobą. Oczyszcza się, odnajduje swoją pełnię."

Informacje praktyczne

13m.jpgDojazd

Istnieje kilka możliwości dojazdu, my wybraliśmy drogę najbardziej okrężną, jednak pozwala ona zaoszczędzić kłopotów na rosyjskich przejściach granicznych, polecałabym ją również tym, którzy zamierzają zwiedzić Istambuł. Poszczególne etapy to:
Pociąg Warszawa Przemyśl, przejście graniczne w Szegini Dojazd do Mościsk II, tam złapanie pociągu do Czerniowców (do tego samego pociągu można wsiąść we Lwowie jednak jest wtedy większy tłok) pociąg odjeżdża koło godziny 18 z Mościsk II W Czerniowcach jesteśmy koło 4 rano i rozpoczynamy pertraktacje z busiarzami, którzy przewiozą nas do Suczawy (10 $ to stadnard) w drodze powrotnej jest łatwiej i istnieje możliwość przejazdu państwowym autobusem nawet za 5 $) Z Suczawy odjeżdżają autobusy do Istambułu (koszt to ok. 50 $), można oczywiście przedzierać się pociągami przez Rumunię i autobusami przez Bułgarię, ale nie zaoszczędza to pieniędzy a powoduje stratę czasu. Rozkłady tureckich firm przewozowych można znaleźć w internecie: www.metrorurizm.com.tr to jedna z firm, ich siedziby znajdują się nieopodal dworca autobusowego. Z Istambułu można jechać stopem, jednak najlepiej wcześniej wydostać się przynajmniej kawałek od miasta, które jest gigantyczne. Można też skorzystać z usług licznych biur, które swoje siedziby mają na głównym dworcu autobusowym

Transport na miejscu

Najpopularniejszym i najtańszym środkiem transportu są marszrutki. Można nimi dojechać praktycznie wszędzie. Jeżeli na danym odcinku nie jeżdżą marszrutki bez problemu znajdzie się taksówkarz, który nas gdzieś podwiezie. Warto korzystać z okazji, jednak pierwsza proponowana przez kierowcę cena jest zazwyczaj zawyżona.

Pieniądze

Walutą obowiązującą w Gruzji są Lari i Tetri, w kantorach wymieniane są dolary, euro i ruble rosyjskie. Warto mieć ze sobą zarówno euro jak i dolary, czasem Gruzini życzą sobie opłaty w takich właśnie walutach, wówczas podają taką samą cenę w euro lub dolarach.

Ceny

Ceny jedzenia są bardzo niskie, cały miesięczny wyjazd, łącznie z dojazdem kosztował mnie około 1500 zł. Za noclegi płaciliśmy zaledwie kilka razy, jednak ci, którzy zdecydują się spać tylko w hotelach, muszą liczyć się z wydatkiem rzędu 10 $ za noc.

Kontakt do mnie

Bardzo chętnie odpowiem na jakiekolwiek pytania związane z wyjazdem do Gruzji:
email: m_hoch@WYTNIJ_TOo2.pl
Tel.: 0600-280-240


Galeria zdjęć

{gallery}galerie/wyprawy/gruzja2005{/gallery}