×

Ostrzeżenie

JFolder::pliki: Ścieżka nie jest folderem. Ścieżka: /home/misc/skg/public_html/images/galerie/wyprawy/cho_oyu.
×

Uwaga

There was a problem rendering your image gallery. Please make sure that the folder you are using in the Simple Image Gallery plugin tags exists and contains valid image files. The plugin could not locate the folder: images/galerie/wyprawy/cho_oyu

09m.jpgPomysł zorganizowania wyprawy pojawił się po udanym wyjeździe na Chan Tengri w 2002 roku. Góra ta jak na siedmiotysięcznik była wymagająca, więc po jej zdobyciu chcieliśmy spróbować swych sił trochę wyżej - najlepiej w Himalajach.
Pomysł ambitny, ale wiedzieliśmy ile nas czeka pracy, aby ten plan stał się rzeczywistością. Fundusze, fundusze, urlop i inne przeszkody piętrzyły się przed nami co najmniej na wysokość 8000 metrów...

No to jedziemy!

Po wielu miesiącach przygotowań niemożliwe stało się jednak faktem i 31 sierpnia 2003 wylecieliśmy do Kathmandu! Naszym celem było wejście od strony Tybetu na szósty szczyt świata Cho Oyo - 8201 m n.p.m. Ten potężny masyw górski, który wchodzi w skład grupy górskiej Khumbu Himal, wznosi się zaledwie 28 km na północny zachód od Everestu. Znaczenie nazwy Cho Oyu nie jest do końca jasne - powszechnie uważa się, że najbliższe tłumaczenie to "Turkusowa Bogini".
07m.jpgZe stolicy Nepalu wyruszyliśmy w stronę Tybetu, dotarliśmy do granicy nepalsko-chińskiej w Kodari, gdzie formalnościom nie było końca. Tam również opiekę nad nami roztoczył chiński oficer łącznikowy, który na szczęście nie pojechał z nami do bazy głównej (5600 m n.p.m.) tylko czekał na nas w niższej Bazie chińskiej (5000 m n.p.m.).

12 września dotarliśmy do bazy, gdzie pierwszym zadaniem było znalezienie najdogodniejszego miejsca dla naszej wyprawy. Gdy wybraliśmy najlepsze wolne miejsce okazało się, że 2 tony naszych bagaży zostały zdjęte z jaków jakieś 150 metrów dalej. Tylko 150 metrów, tylko 2 tony, 9 facetów? "No problem" - pomyślałem. Ale podczas pierwszego dnia na wysokości 5600 m było to zadanie naprawdę wymagające. Po każdym przeniesionym ładunku robiliśmy przerwy. Przerwy robiły się dłuższe, ładunki coraz cięższe - a tu się trzeba było śpieszyć, bo jeszcze zostało rozstawianie namiotów, kuchni, mesy. Wieczorem miałem wrażenie jakbyśmy przenieśli co najmniej pół bazy do obozu pierwszego.

Po dwóch dniach spędzonych w bazie czuliśmy się na tyle dobrze, że postanowiliśmy wynieść namiot do obozu I (6400 m n.p.m.). Droga do jedynki prowadziła moreną lodowca i była według wielu bardzo niewdzięczna, ponieważ przez pierwsze 80% trasy prowadziła bardzo nieznacznie pod górę, ale ostatni odcinek przed jedynką to prawdziwa męka - ostre, ok. czterystu metrowe podejście - po ruchomych piarżysku. Gdy doszliśmy do jedynki okazało się, że prawie wszystkie miejsca w obozie są zajęte tzn. albo stoi namiot albo teren jest ogrodzony chorągiewkami przez innych wspinaczy, którzy byli już w jedynce, ale namiot będę rozbijać dopiero za kilka dni. Nam osobiście taka praktyka bardzo się nie podobała, bo można sobie wyobrazić, że kiedyś jakaś duża wyprawa ogrodzi całą jedynkę i powie, że oni tutaj będą się rozbijać za trzy tygodnie...

Dwójka stoi

12m.jpg19 września wyszliśmy do obozu I z ekwipunkiem potrzebnym do założenia obozu II (7000 m n.p.m.). Pogoda nazajutrz była dość pochmurna - mimo to zdecydowaliśmy się na wyjście. Ciężkie plecaki powodowały, że marsz był wyczerpujący - szczególnie, że do pokonania mieliśmy pionowy serak. Wiatr wiał coraz mocniej, zawiewał nasze ślady. Po godzinie dodatkowo spadła widoczność - po krótkiej naradzie z Kingą zdecydowaliśmy, że idziemy do góry - drogi nie powinniśmy zgubić, a w najgorszym wypadku spędzimy noc w dwójce. Na nasze szczęście po dotarciu do dwójki okazało się, że do zejścia w dół szykowała się trójka Hiszpanów. Szybko zakopaliśmy depozyt i na dół. Następnego dnia odpoczywaliśmy w jedynce przed jutrzejszym wyjściem na nocleg do dwójki. Noc w dwójce przebiegła bez większych rewelacji, co było dobrym prognostykiem przed ostatecznym atakiem szczytowym, który planowaliśmy na następne wyjście. Teraz czekał nas kilkudniowy odpoczynek regeneracyjny w bazie - a poza tym musiałem podleczyć swoje gardło.

26 i 27 wrzesień były dniami z najlepszą pogodą na atak szczytowy - bezchmurne niebo i znośny wiatr. My nie będąc jeszcze do końca zaaklimatyzowani mogliśmy tylko kibicować innym wyprawom.

Zimno, coraz zimniej

Część wspinaczy zamierzała atakować szczyt bezpośrednio z obozu II, my z Kingą postanowiliśmy wychodzić z trójki, ponieważ mogliśmy wtedy wyjść później - wtedy kiedy zrobi się już jasno i trochę cieplej. To dawało większą szansę na unikniecie odmrożeń. Aby dojść do trójki na czas wyszliśmy z Kingą pierwszego października po południu do obozu I. Tutaj niżej wiatr był jeszcze znośny, ale nad szczytem Cho Oyu rozciągał się pióropusz śniegu zwiewany huraganowym wiatrem z okolic wierzchołka. W jedynce czuliśmy się prawie jak w bazie - spaliśmy tutaj już kilka nocy. Następnego dnia ciągle przy dużym wietrze wyruszyliśmy do dwójki - bardzo nieprzyjemny lodowy pył cały czas omiatał nam twarze. Mimo tych niedogodności doszliśmy do dwójki. Noc mieliśmy z głowy - wiatr targał i szarpał namiotem na wszystkie strony - dziw bierze, że namiot był jeszcze cały.


20m.jpg3 października pogoda się nie poprawiła - do dwójki doszli następni wspinacze - Szerpa z wyprawy hiszpańskiej opowiadał o swoich ośmiu wejściach na Everest. Twierdził, że na Cho Oyu jesienią jest o wiele zimniej niż na Evereście wiosną i że pierwszy raz na poważnie obawia się odmrożeń. Trudno mu było nie wierzyć - wystarczyło pospacerować 10 minut po obozie i trzeba było wracać do namiotu i ciepłego śpiwora. Oprócz wiejącego wiatru pogoda była wyśmienita - dzięki bezchmurnemu niebu podziwialiśmy cudne widoki - płaski, szary Tybet wznoszący się na wysokości ok. 5000 m n.p.m., po drugiej stronie horyzontu zaś morze Himalajów. Następna nieprzespana noc z pewnością nam sił nie dodała. 4 października z rana wiatr nie miał zamiaru ucichnąć. Wszyscy jednak powoli szykowali się do ataku szczytowego. Kinga ze Szwedem Nicolasem (który planował zjechać ze szczytu na snowbordzie) wyszli do obozu III (7400 m n.p.m.) aby stamtąd z małego namiociku Skandynawa rozpocząć jutro rano atak szczytowy. Ja zostałem z Hiszpanami w dwójce, bo czułem się dobrze. Gdybym chciał startować z obozu III musiałbym sam wynosić namiot do góry, bo innych chętnych do spania w trójce nie było.

Weather forecast

22m.jpgNo i stało się - tak jak zapowiadali meteorolodzy kilka dni temu - wiatr ucichł po południu! Wszyscy chodzą po obozie i krzyczą z radości! Pomyślny atak szczytowy był coraz bardziej prawdopodobny! Ostatnie godziny przed atakiem spędziłem na gotowaniu, testowaniu różnych wariantów ubioru, rękawic, godzinnym suszeniu skarpetek na kuchenką gazową. Gdy wygramoliłem się o 330 z namiotu wszyscy już szli w kierunku obozu trzeciego. Powoli jednak dogoniłem większość wspinaczy. Cały czas podczas wspinaczki starałem się ruszać palcami nóg, aby polepszyć krążenie. W trójce panował niezły tłok - jedni się przebierali, ale większość rozgrzewała palce u rąk bądź nóg. Ja próbowałem założyć trzecie skarpety, ale w końcu zrezygnowałem - byłoby za ciasno i krążenie by ucierpiało. Powyżej trojki pokonaliśmy stumetrową barierę skalną - była zaporęczowana, ale mimo to wymagała dużego wysiłku aby ją pokonać. Słonce pojawiło się bardzo późno ok. 10-11. Od tej pory szło się już zdecydowanie lepiej. Wchodzimy na pola podszczytowe. Tak jak wszyscy opowiadali - ogromne platou bez ewidentnego wierzchołka. Na szczęście z opowieści innych wspinaczy wiedzieliśmy gdzie iść. Pogoda dopisywała - było bezchmurnie, wiatr w normie, ale mimo to potwornie zimno. Nie mogłem się doczekać, kiedy wreszcie ukaże się przede mną ten wyśniony widok na Everest, który oznaczałby, że jestem na wierzchołku szóstej góry Ziemi. Wreszcie na horyzoncie pojawiły się modlitewne chorągiewki - to był ewidentny znak, że zbliżałem się do szczytu. Powoli zaczęła się wyłaniać się potężna sylwetka Everestu. Jest! To już szczyt! Co za widoki! - krzyczałem. Miałem szczęście pobyć chwilę na szczycie sam - zanim doszli inni wspinacze. Rozkoszowałem się widokiem na najbardziej znane himalajskie szczyty: Everest, Lhotse, Nuptse. Rozum jednak podpowiadał szybkie zejście w dół - było zbyt zimno. Po paru godzinach schodzenia dotarłem do obozu drugiego. Wieczorem do dwójki doszła również Kinga, która razem ze Szwedem dopiero rano rozpoczęła atak szczytowy i po 6 godzinach weszła na szczyt. Szczęście było więc podwójne! Obyśmy tylko jeszcze bezpiecznie zeszli do bazy.

Poniedziałek 6 października był chyba najcięższym dniem wyprawy. Zmęczeni, wyczerpani musieliśmy znieść cały dobytek z obozu II i obozu I do bazy. Na szczęście z jedynki sprzęt pomogli nam znieść Tybetańczycy. W bazie czekali na nas inni uczestnicy wyprawy, kucharz przygotował swoje najlepsze specjały. Naprawdę mieliśmy sporo szczęścia - weszliśmy na szczyt w ostatnim możliwym momencie - następnego dnia mieliśmy przecież opuścić bazę i wyruszyć w stronę cywilizacji. Turkusowa Bogini okazała się dla nas łaskawa.

Nocne rozmowy

17m.jpgBaza główna to w górach oaza wszystkiego co najlepsze: wypoczynku, pysznego jedzenia, spokoju, ale jest coś jeszcze - wieczorne, wielokulturowe rozmowy. Gdzie indziej można spotkać taki mix ludzi o różnej narodowości, wykształceniu, rasie, poglądach, ludzi otwartych, chętnych do dyskusji? Z dala od cywilizacji, bez pośpiechu na następne spotkanie, w spokoju można porozmawiać o wszystkim zupełnie inaczej. Ludzie się w bazie bardziej otwierają - opowiadają o swoich marzeniach, tajemnicach. Niektóre historie naprawdę nadają się na scenariusz do hollywoodzkiego wyciskacza łez. Jeden z Włochów - ski-alpinista - właśnie poprzez wyprawę spełniał marzenia swojej dziewczyny, która zginęła w ostatnie Boże Narodzenie w Alpach. Na szczyt Cho Oyu wniósł jej zdjęcie, zrobił mały ołtarzyk i zapalił znicz. Jak usłyszeliśmy tę opisaną w skrócie historię wielkiej miłości nie mogliśmy z siebie wykrztusić ani słowa przez dobre parę minut. Ale rozmowy w bazie są na szczęście w większości optymistyczne i radosne - pełne śmiechu, żartów, kawałów i skeczy. Prawdziwy teatr. Kolacje w naszej mesie zaczynały się o 19-tej i kończyły przed północą. Każdy miał coś ciekawego po powiedzenia, każdy zadawał mnóstwo pytań. Jeśli impreza miała się skończyć za wcześnie wystarczyło poruszyć temat piłki nożnej i Hiszpanie nie dali nikomu dojść do słowa przez godzinę.

Wyprawa się udała, zostało mnóstwo wspomnień. Jak zamykam oczy i myślę o wyprawie to nie pojawiają się obrazy ze szczytu czy sylwetka Cho Oyu. Pojawiają się twarze ludzi - ludzi, którzy dzięki wyprawom chcą poznać samego siebie, stać się kimś lepszym - ludzi, którzy mają czas, aby ten cały zwariowany świat na nowo przemyśleć i w końcu ludzi - alpinistów, którzy kochają życie ponad wszystko.

Galeria zdjęć

{gallery}galerie/wyprawy/cho_oyu{/gallery}