×

Ostrzeżenie

JFolder::pliki: Ścieżka nie jest folderem. Ścieżka: /home/misc/skg/public_html/images/galerie/wyprawy/fuji_san.
×

Uwaga

There was a problem rendering your image gallery. Please make sure that the folder you are using in the Simple Image Gallery plugin tags exists and contains valid image files. The plugin could not locate the folder: images/galerie/wyprawy/fuji_san

tyt_thumb.jpgFuji - dla niektórych wspaniały wulkan, dla innych miejsce pielgrzymek. Dla nas jest kolejnym etapem podczas blisko dwumiesięcznej podróży po Japonii. Etapem koniecznym. Bo jak wytłumaczyć się nie zdobyciem Fuji, będąc tu, w kraju kwitnącej wiśni.

 

map.jpgDojeżdżamy na wysokość blisko dwu i pół tysiąca metrów do miejsca zwanego Fujinomiya, czyli parkingu i niewielkiej restauracji. Tak jak większość zdobywców planujemy zaatakować szczyt jeszcze przed wschodem słońca tak, aby budzący się dzień obserwować z krawędzi krateru. Niestety znów pogada każe nam zweryfikować plany. Do późnych godzin wieczornych wichura nie pozwala nawet "wytknąć nosa" poza drzwi tak zwanej piątej stacji. Gdyby i tego było mało, huraganowy wiatr przegania ciężkie, ołowiane chmury, z których zaczyna padać ulewny deszcz. Rozpętuje się istne piekło. Dzięki temu, iż znajdujemy się na granicy lasu w otoczeniu budynków Fujinomiya, możemy mówić o szczęściu. Inaczej Fuji byłaby dla nas z pewnością "straszną górą". Szczyt znajdujący się około tysiąc czterysta metrów wyżej pozostaje jedynie w sferze marzeń. Z niepokojem oczekujemy poranka. Czyżby trzeba było wracać pokonanym?

 

fuji1.jpgOkoło godziny trzeciej budzę się z płytkiego snu. Przecieram oczy i nie mogę uwierzyć w to, co widzę. Na niebie ani jednej chmury, słońce leniwie wynurza się znad horyzontu. Poniżej nas spowite chmurami miasta na wybrzeżu Pacyfiku. Niestety huraganowy wiatr nie słabnie. Trudno, teraz szczyt jest bardziej realny. Ruszamy. Droga bardzo wygodna, prowadzi szerokimi zakosami, powoli zdobywając wysokość. Gdyby nie ta wichura i wysokość nad poziomem morza, to na szczyt można by praktycznie wbiec. Teraz trzeba jednak ważyć każdy krok i nie dawać się naporom cyklonu. Podejście tysiąc czterystu metrów powinno nam zająć około sześciu godzin. Nie jesteśmy sami, lecz dzięki załamaniu pogody szlak nie jest tak zatłoczony jak zawsze. O roślinności dawno już zapomnieliśmy. Las skończył się na wysokości dwu tysięcy czterystu metrów, wyżej sięgają bardzo rzadko pojawiające się kępy traw i drobnych krzewów. Cały czas poruszamy się po brunatnym wulkanicznym stoku. Lekkie skały tufowe, podrywane silnym wiatrem wsypują się w każdy zakątek naszego ubrania. Wreszcie po czterech i pół godzinie mozolnego podejścia i zmagań z wiatrem stajemy na krawędzi krateru, na najwyższej górze Japonii - Fuji-san.

Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcia, obejście krateru i zasłużony odpoczynek. Japonia z tej wysokości wygląda zupełnie inaczej. Gęsto zaludnione wybrzeże, statki na Pacyfiku znikające za horyzontem - to wszystko jest zbyt nierealne. Czujemy jak gdyby to wszystko, prawie cztery kilometry niżej było jakąś makietą, a nie tętniącymi życiem miastami. Do Fujinomiyi schodzimy w niecałe półtorej godziny z przyświecającą nam japońską myślą, iż "Raz na Fuji wchodzi mędrzec, a dwa razy głupiec."

Galeria zdjęć

{gallery}galerie/wyprawy/fuji_san{/gallery}