×

Ostrzeżenie

JFolder::pliki: Ścieżka nie jest folderem. Ścieżka: /home/misc/skg/public_html/images/galerie/wyprawy/turcja-300_dni_soca.
×

Uwaga

There was a problem rendering your image gallery. Please make sure that the folder you are using in the Simple Image Gallery plugin tags exists and contains valid image files. The plugin could not locate the folder: images/galerie/wyprawy/turcja-300_dni_soca

img_2807.jpg Mija kolejna noc w podróży. Luksusowy autokar cichutko mknie po gładziutkim asfalcie, silnik monotonnie buczy usypiająco, jednak powoli się przebudzam. Jeszcze chwilkę walczę sam ze sobą by przespać parę minut ale nie daje rady. Otwieram oko, najpierw jedno, drugie już znacznie chętniej: widzę błękitną toń morza i fantastyczne góry, zielone, obfite w potoki, skaliste, po prostu piękne. Już bym wysiadł gdyby nie pozostali towarzysze podróży, nasz ogólny cel- Gruzja oraz nieprzebłagany „capitan of the bus", który nie chciał wypuścić nawet konającego z przepełnionego pęcherza Macieja. No nic, pomyślałem, ale jeszcze kiedyś tu wrócę.

 

 

Stąd właśnie wziął się pomysł wyprawy w te góry. Po powrocie do domu skonsultowałem się z atlasem geograficznym dla uczniów klas VI-VIII i doszedłem do wniosku, że to musiały być Góry Pontyjskie, a konkretniej- Pasmo Kaczkar. Nie minął rok jak już rozpocząłem przygotowania do wyjazdu. Po dowiedzeniu się gdzie to jest przystąpiłem do zorganizowania ekipy. Wyjazd był otwarty, umiejętności współtowarzyszy wolałem jednak poznać na bardziej rodzimym gruncie. Długi majowy weekend był ku temu doskonałą okazją: cztery dni spędzone na buszowaniu po Beskidzie Niskim wystarczyły, by mniej więcej wiedzieć, na co kogo stać. Tyle, że z całej ekipy ostatecznie do Turcji wybrała się jedna osoba, nie licząc mnie. No trudno, niezrażony porażką znalazłem nowy komplet; tym razem test w Rudawach Janowickich poszedł znacznie lepiej, i niemal ze 100% skutecznością zobaczyliśmy się później w tym gronie w Turcji. Do kompletu dołączyło jeszcze parę zaufanych czynników ludzkich, którym oczywiście odmówić nie sposób i tak z siedmioosobowej ekipy marzeń wyrosła czternastoosobowa banda. Szczęście w nieszczęściu, że trzy osoby z przyczyn różnych pozostać musiały na ziemi przodków, więc ilość ostatecznie nie była dla mnie tak przytłaczająca.

Początki zapowiadały się pięknie: jazda bezpośrednim pociągiem klasy intercity z Warszawy do Bratysławy, upojny dzień na zwiedzanie, a następnie przyjemny lot do Stambułu i jesteśmy właściwie na miejscu. Tymczasem noc w pociągu okazała się tak koszmarna, że chyba nikt właściwie nie zmrużył oka. Niczym zombie wywlekliśmy się z pociągu o godzinie 4 minut 50. Przewędrowaliśmy przez uśpione jeszcze uliczki miasta, i nim miasteczko zbudziło się do życia my właściwie zdołaliśmy zobaczyć już wszystko. W walce ze śpiochem nie pomogła kawa, podobnie jak i upał. Mimo przeciwności losu (z popsutym tramwajem włącznie) udaliśmy się w podróż za miasto. Zamek, który tam ujrzeliśmy okazał się w rzeczy samej interesującą konstrukcją, jednak hitem dnia okazała się popołudniowa drzemka w parku nad modrym Dunajem.

I wreszcie lotnisko. Dosyć nerwowe studiowanie po raz kolejny przepisów lotniczych oraz skomplikowane zagadnienia logistyczne: gdzie ukryć epigazy, jak zmniejszyć plecak do 20kg i jak całą resztę upchać tak, by można ją było nazwać bagażem podręcznym. Szczęśliwie los nam sprzyjał i już po chwili siedzieliśmy w wyładowanym po brzegi Boeingu 737. Potem nic nie pamiętam, obudzono mnie dopiero w Stambule. Nadal był środek nocy; po wykupieniu wiz, odprawie paszportowej i odebraniu bagażu nie mieliśmy za bardzo co ze sobą zrobić. Postanowiliśmy więc wykorzystać uroki lotniska i rozłożyliśmy karimaty na posadzce hali przylotów. Wizja rumuningu wielu nieobytych jeszcze z tą praktyką uczestników wyprawy przeraziła, ale wszyscy byliśmy tak zmęczeni, że nikt nie polemizując położył się spać.

Nazajutrz, wypoczęci, jak na standardy wyprawowe, udaliśmy się w miasto. Po zameldowaniu się w zapluskwionym hotelu w samym centrum udaliśmy się na zwiedzanie Stambułu, czemu oddawaliśmy się z pasją przez następne dwa dni. Miasto i jego mieszkańcy przypadli nam do gustu, mimo że raz zostaliśmy obsztorcowani za publiczne opychanie się bułą w ciągu dnia (obowiązywał wówczas Ramazan). Zdobyliśmy wielu przyjaciół (np. sprzedawcę dywanów), zobaczyliśmy sporo zabytków, daliśmy się oszołomić orientalnemu przepychowi, ale wreszcie przyszło nam porzucić te miastowe uciechy.

Autobus do Trabzonu odjeżdżał w samo południe. Jak większość tureckich autobusów, standard był kilkanaście razy wyższy niż w krajach europejskich, o rodzimych pekaesach nie wspominając, więc choć mieliśmy do pokonania ponad 1000km, podróż upłynęła nam miło. Co cztery godziny dziewczyny w trosce o nasze krążenie organizowały gimnastykę, nasi współpasażerowie mieli więc na co popatrzeć. I wreszcie o 4 w nocy wylądowaliśmy w Trabzonie. Pogrążone nadal w głębokim śnie miasto nie zachęcało do aktywności, korzystając więc z uroków trabzońskiego otogaru oddaliśmy się ponownie w objęcia Morfeusza.

Po śniadaniu, sporządzonym głównie z darowizn od okolicznych sklepikarzy udaliśmy się w miasto. Jeden dolmusz wywiózł nas nieszczęśliwie do centrum, gdzie trudno było znaleźć sensownego kierowcę z samochodem. Udaliśmy się więc na wybrzeże, gdzie było aż czarno od busików. Dosyć sprawnie, za pośrednictwem francuskiego tłumacza udało nam się za rozsądną cenę nająć kierowcę z furgonetką na cały dzień. Jedynym ewentualnym problemem był brak znajomości jakiegokolwiek obcego języka przez naszego kierowcę, ale z biegiem czasu nauczyliśmy się z nim dogadywać. „Problem Yok"- tymi słowami reagował na każdy nasz postulat po czym go realizował; poczytaliśmy to więc za dobrą monetę. I tak Problem Yok dojechaliśmy do klasztoru Sumela, Problem Yok zrobiliśmy zakupy, podjechaliśmy do restauracji na obiad, aż wreszcie powiózł nas w góry.

Droga, zrazu asfaltowa, traciła na jakości wraz z oddalaniem się od cywilizacji. Nieraz busik zawisł jednym kołem nad przepaścią budząc powszechną panikę, jednak nawet w takich momentach z głośników leciało raźne „bas gaza"- tegoroczny hit w Turcji. Jak na ironię losu- „bas gaza" oznacza po turecku „gaz do dechy". Po kolejnym traumatycznym odcinku terenowym usłyszeliśmy wreszcie złowrogie „mister, problem". Musieliśmy więc opuścić zasiedziałe przez cały dzień fotele, zarzucić wory na plecy i resztę drogi pokonać o własnych siłach.

I w takich właśnie okolicznościach rozpoczęliśmy górską część wyprawki. Późno już było i daleko nie uszliśmy, tak więc można powiedzieć, że pierwszy dzień zaczął się dopiero nazajutrz. Początkowo szliśmy drogą, więc szczególnie porywająco nie było. Plecaki ważyły swoje, grupa była mocno zasiedziała, ale mimo tych wszystkich przeciwności losu szło się dobrze. W międzyczasie jednak zachmurzyło się, naszła gęsta mgła i w końcu zaczęło padać. Zdołaliśmy jednak dojść do Yukari Kavron, gdzie schroniliśmy się w czymś na kształt schroniska- duża sala ze stołami, kuchnią i mapą na ścianie. Ponieważ pogoda się nie poprawiała, a dodatkowo zaczęły się dolegliwości zdrowotne, postanowiliśmy spędzić tu dzisiejszą noc, a po południu odbyć na lekko wycieczkę aklimatyzacyjną na okoliczny grzbiecik. Ostatecznie nawet na grzbiecik nie dotarliśmy, tak więc początki górskiej aktywności nie napawały optymizmem.

p1070333.jpg Następnego dnia znowu powitało nas słońce. Zebraliśmy się do kupy i udało nam się wyjść z obozu. Plan był prosty: przejść przez grzbiet (ok. 2800 m npm) i zejść do sąsiedniej doliny, do miejscowości Palovit, żartobliwie zwanej „Pavulon". Życie jednak zamieniło tę niedługą ekskursję w morderczą walkę o życie. Zrazu szliśmy zielonym trawersem ścieżką, która stopniowo nikła aż zanikła zupełnie. Ponieważ jednak byliśmy już mniej więcej w miejscu gdzie powinniśmy sobie dać spokój z trawersem i zacząć iść ostro pod górę, tak też zrobiliśmy. Stromizna była spora, stojąc wyprostowanym na wyciągnięcie ręki była ziemia. A ziemia była usiana obsuwającymi się kamieniami i żwirem, a w niższej partii dodatkowo porośnięta bujnym, zielonym chwastem, sięgającym najwyższym osobnikom do ramion. Wielokrotnie padaliśmy więc twarzą w chaszcze lub na kamienie, zsuwaliśmy się na dół lub przedzieraliśmy na rympał przez gęstwinę rododendronów. Ślady tej walki wielu z nas nosi na ciele do dziś. Po ładnych kilku godzinach wspinaczki stromizna nieco odpuściła, ale byliśmy już mocno zmęczeni, a nie osiągnęliśmy nawet połowy zaplanowanego na dziś przewyższenia. Perspektywa powrotu absolutnie nie wchodziła w rachubę, więc parliśmy dalej. W międzyczasie o słoneczku można było zapomnieć, góry znowu spowiły gęste mgły, z których coś kapało, na szczęście już nie tak intensywnie jak dnia uprzedniego. Mniej więcej w takiej atmosferze udało nam się osiągnąć grzbiet, skąd zaczęliśmy schodzić pełni obaw, bo niby dlaczego z tej strony miałoby być łagodniej. Nie wnikając w przyczyny jednak było dużo łagodniej, a przez większą część marszruty towarzyszyły nam tajemnicze kopczyki oraz śmieci- niechybny znak, że jednostka ludzka już tędy podążała. Szczęśliwi i wykończeni dotarliśmy do Palovit, gdzie rozbiliśmy się na luksusowej łące z dwukabinową toaletą i umywalką z bieżącą wodą.

Wszystko wskazywało na to, że następny dzień będzie należał do nas. Powinniśmy być już nieco rozchodzeni, także limit marudnej pogody wydawał się być już na wyczerpaniu. Rano rzeczywiście tak było, ale tym razem jeszcze przed południem zaczęło się chmurzyć na dobre. Ledwo uszliśmy do kolejnej, ostatniej już wioski, a zaczęło padać na dobre. Wioski są miejscem, gdzie najłatwiej o pobłądzenie. W każdym kierunku świata wybiega z takiej osady kilkaset ścieżek. Tak więc jeśli nawet ma się dobrą mapę i kompas, to ograniczą nam one wybór do kilkudziesięciu ścieżek. To nadal sporo, zważywszy na to, że 99% z nich kończy się po kilku kilometrach na pastwiskach, skąd nie można się już nigdzie wydostać. O ile przy dobrej pogodzie stosunkowo łatwo jest sobie poradzić, o tyle przy mgle o wyborze właściwej ścieżki decydują te same zasady, co przy zwycięstwie w totka. Poszliśmy więc w zaparte i mimo bariery językowej poszukaliśmy pomocy u miejscowych pasterzy. Po kilkunastominutowej naradzie gmin wydelegował swojego przedstawiciela, który poprowadził nas kawałek za wieś. Ulewa rozszalała się na dobre, tymczasem deszczowy dziadek (bo tak nazwaliśmy naszego nowego przewodnika), podpierając się bambusowym kijaszkiem drałował stromo pod górę w tempie co najmniej 7 GOT na godzinę nie rozumiejąc dlaczego nie nadążamy. Po dwóch godzinach byliśmy już kawał drogi za wsią, wysoko w górach. Tam pożegnaliśmy się z deszczowym dziadkiem i stanęliśmy sam na sam z żywiołem. Gdy byliśmy już przemoczeni do bielizny łaskawie przestało padać. Mimo wczesnej pory rozbiliśmy więc namioty i ugotowaliśmy obiad. I jak tu przy tym wszystkim zachować spokój; „Turcja- 300 dni słońca" biją zewsząd hasła zachęcające do odwiedzenia tego kawałka globu a tymczasem trzęsiemy się z zimna będąc przemoczonym do bielizny, i tak już czarty dzień z rzędu!

Wszyscy siedzieli w ciepłych śpiworach i kończyli rozgrzewający posiłek, gdy postanowiłem zagotować wodę na herbatę. Jednak po podpaleniu palnika rewelacyjnej marki CampinGaz buchnął wielki płomień. Próba przykręcenia zaworu na nic się nie zdała, gdyż kilkudziesięciocentymetrowej długości języki ognia buchały także z gwintowania. Nie myśląc zbyt logicznie w panice odrzuciłem palnik jak najdalej tylko potrafiłem. Niestety zapomniałem ustalić w którym kierunku rzucić i ostatecznie palnik upadł pomiędzy trzy namioty. Gdy wreszcie udało mi się wykrztusić „gaz wybuchł, mamy awarię", w namiotach ucichł gwar i skrobanie menażek. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach ciszy rozpoczęła się paniczna ewakuacja. Po chwili po skąpanej we mgle łące słaniały się bose postaci owinięte w śpiwory; palnik tymczasem nadal złowrogo buzował. Na szczęście obyło się bez eksplozji i wkrótce powróciliśmy do suchych norek.

p1070457.jpg Przez całą noc krople deszczu rytmicznie uderzały w tropik. Było to o tyle deprymujące, że nazajutrz wypadała akurat ciężka wyprawa z przejściem przez główny grzbiet, bez możliwości odwrotu czy planów awaryjnych. Nad ranem jednak ku mej uciesze krople umilkły. Tyle tylko, że mimo już późnej godziny nadal było ciemno. Po wielu minutach dociekania nad przyczyną takiego zjawiska nie znalazłem racjonalnej odpowiedzi, uciekłem się więc do empirii. Po otworzeniu przedsionka wszystko stało się jasne: cały namiot, podobnie jak i hala pokryte były kilkunastocentymetrową warstwą śniegu, który tłumił wszystko, łącznie z szelestem opadających płatków. No to nici z dzisiejszej wyprawy. Perspektywa spędzenia całego dnia na tej skądinąd malowniczej hali była jednak dla większości dojmująca, wszak biwakujemy tu od wczoraj od 15:00. Szczęśliwie opad zwolnił, a nawet można rzec- relatywnie przestał, więc można było wyściubić łby z namiotów. Po jakimś czasie nawet pojawiło się słońce, co wykorzystaliśmy do suszenia ubrań po wczorajszym potopie. Nie mogąc usiedzieć na miejscu poszliśmy spenetrować okolicę na lekko. Pojedyncze promienie słońca śmiało sobie poczynały z połaciami śniegu; gołym okiem było widać jak linia zalegania białej pokrywy się podnosi. Sielanka nie trwała jednak długo, wkrótce znowu wiatr przygnał chmurzyska znad morza i zaczęło padać. Resztę dnia spędziliśmy więc na międzynamiotowej integracji; w szczytowym momencie w jednym namiocie przebywało pięciu przedstawicieli gatunku homo sapiens płci obojga.

Napięcie i frustracja z siedzenia w miejscu rosły. Aż strach pomyśleć, gdyby sytuacja pogodowa się przedłużyła. Tym bardziej, że południowa, słoneczna strona gór była w zasięgu jednego dnia marszu. Byliśmy już gotowi, że nawet jeśli będzie szalała zamieć, śnieżyca, ulewa i trzaskały złowrogie pioruny, śmiało i niezrażeni kroczyć będziemy dzielnie naprzód. Na szczęście życie nie kazało weryfikować naszej determinacji i następny koniec nocy przywitał nas bez deszczu. Gwiazd co prawda nie było widać, ale ziąb był tak przeraźliwy, że buty zamarzły mi zupełnie jak na zimówce w Beskidach. No i wiatr- nareszcie wiał od południa, to niechybny znak, że mamy co najmniej pół dnia murowanej pogody. Dar z niebios wykorzystaliśmy dobrze i udało się nam przedostać na główny grzbiet. Droga na samą przełęcz wyglądała na niebezpieczną- w zasadzie wąski trawers i w końcówce podejście ścianą żlebu, a to wszystko wzbogacone o wciąż zalegające płaty niezwiązanego z podłożem śniegu, ale rzeczywistość okazała się różowa. Przy niewielkim wysiłku wkrótce znaleźliśmy się na wyniesionej ponad 3 tys. m. przełęczy, skąd roztaczał się pyszny widok: dookoła morze gór po horyzont, z tym, że po jednej stronie były to góry zieloniutkie, a po drugiej- bardziej wypalonej słońcem. Na samą myśl, że wreszcie skończyły się przemoczone buty, mgły i śnieżyce rzucaliśmy się sobie z radości w ramiona. I tak właśnie wkroczyliśmy do Anatolii- krainy słońca. Łagodnie opuściliśmy się do szerokiej doliny, by następnie rozpocząć podejście boczną jej odnogą. Słońce miało się już ku zachodowi, gdy stawaliśmy dopiero na kolejnej trzytysięcznej przełęczy. Tego dnia mieliśmy w nogach już ponad 1300 m przewyższenia i ładnych parę kilometrów, więc zmęczenie dawało o sobie znać, tymczasem wyboru nie było- z przełęczy trzeba było jeszcze zejść. Nad brzeg jeziora udało się dojść jeszcze przed zmrokiem. Emocje jednak nie opadały, wszystko wskazywało bowiem na to, że już jutro nasze skromne stopy staną na Kaczkarze.

Kolejny dzień powitał nas słońcem, teraz jednak pogoda nie zawracała nam głów- wszak tutaj dobra pogoda o tej porze to norma. Zostawiliśmy cały obóz i na szczyt wybraliśmy się na lekko. Co prawda bezkonkurencyjny przewodnik Bezdroży głosi, że stąd na szczyt i z powrotem to półdniowa, lekka wycieczka. Jednak mając uzasadnione obawy co do tego typu informacji wyszliśmy z obozu i tak wcześnie. Zrazu podchodziliśmy ok. 150m. na morenę, z której schodziliśmy nad drugie jezioro- Czarny Staw (Deniz Golu), który miał piękną, modrą barwę, a surowe, skaliste otoczenie dodawało mu powagi i urody. Stąd oczom naszym ukazał się cel- dosyć odległy i wysoki jak na półdniowy spacerek. Zeszliśmy więc nad jezioro, gdzie minęliśmy opuszczony mały obozik, po czym zaczęliśmy podchodzić na kolejny grzbiecik. Tym razem podejścia było trochę więcej, ale widok, jaki stamtąd zobaczyliśmy wynagrodził wszystkie trudy. Co więcej- był dużo ciekawszy niż panorama z całego Kaczkaru, więc jeśli komuś nie chce się dalej iść to nie ma czego żałować. Następnie znowu zejście, tym razem już po ośnieżonych zboczach do karu polodowcowego, w którym zdawało się, że panuje wieczny mrok. Znad kolejnego wodnego oczka zaczęło się ostateczne, właściwe podejście na Kaczkar. Próżno było szukać gdzie ścieżka dalej podąża, więc poszliśmy tam, gdzie powinna ona iść wg naszej rewelacyjnej mapki. I tak doszliśmy do skalnej półki, z której ostatecznie musieliśmy zejść. Było to jednak techniczne wyzwanie, szczęśliwie jednak wszyscy przeżyli. Dalej wcale nie było łatwo; góra w niczym nie przypominała normalnej góry- ot stożek usypany z luźnych kamieni, które rozjeżdżają się pod nogami. Dwa kroki do przodu i jeden zjazd- w takich warunkach przyszło nam szturmować ostatnie 700 metrów podejścia. Wysokość również nie poprawiała naszej wydolności, ale tym razem przynajmniej pogoda się nie załamała. I tak powolutku, a potem jeszcze wolniej wgramoliliśmy się na najwyższy szczyt Gór Pontyjskich. Widok jednak był przereklamowany; góra jest na tyle wyniesiona ponad swe sąsiadki, że krajobraz bardziej przypomina zdjęcie lotnicze niż górski pejzaż; a do tego dna dolin leżały tak nisko, że właściwie nic ciekawego dojrzeć tam nie można było. Można było natomiast zaobserwować ciekawe zjawiska meteorologiczne: woda parująca z morza spychana była przez wiatr w stronę lądu, gdzie na drodze stawały im góry, skutkiem czego wzdłuż wybrzeża ciągnęło się pasmo chmur. Nie było już wcześnie więc wpisaliśmy się szybko do księgi pamiątkowej i rozpoczęliśmy niełatwy odwrót. By dojść do namiotu musieliśmy pokonać jeszcze dwa grzbiety. W sumie samego tylko przewyższenia zrobiliśmy dzisiaj więcej niż 1500 m., tak więc nasza wizja „lekkiej, półdniowej wycieczki" jest nieco inna. Mocno zmęczeni drugim, forsownym dniem, ale szczęśliwi zalegliśmy na naszej hali. Kolejnego dnia korzystaliśmy z uroku zasłużonego odpoczynku; do południa poświęcaliśmy się praniom, kąpielom w jeziorze, opalaniu itp. Wreszcie zwinęliśmy obóz i po przejściu kilku kilometrów założyliśmy nowy. Tu zjedliśmy dwudaniowy obiad, po czym - zgrozo- zaczęło przelotnie padać. Dzisiejszego dnia brak ogniska (brak drewna) był nad wyraz dokuczliwy. Wyraźnie od początku wyjazdu brakowało tego płomienia jako integratora i organizatora wieczornego życia obozu. Wspólne posiady przy palniku benzynowym to nie to samo, tym bardziej że zaraz po zmroku (czyli już po 19:00) ziąb był tak przeraźliwy, że nie dało się posiedzieć.

Kolejnego dnia kontynuowaliśmy zejście długą, ale ładną doliną do Ongularu. Jako że jest to główny szlak dojściowy do Kaczkaru ścieżka jest wyraźna, a i o człowieka znacznie tu łatwiej. A wędrują głównie Czesi, Słowacy, Żydzi i Polacy, choć spotkaliśmy też m.in. Irańczyków. Ongular powitał nas lokantą. Dużego wyboru dań nie było, ale za to mogliśmy wreszcie przekąsić coś innego niż kaszka i liofilizaty. Rozkoszowaliśmy się przede wszystkim konsystencją jedzenia- po tylu dniach przełykania papek jakże miło było zanurzyć zęba w bułce! Hitem dnia okazała się porcja sera roztopionego w rozgrzanym maśle. Gabarytowo niewielkie, lecz sytość i kaloryczność tej strawy była gigantyczna. Tak posileni zaczęliśmy podchodzić kolejną doliną. Pora nie była wczesna, tymczasem przed nami było jeszcze ponad 1000 metrów podejścia. Na szczęście trawiastym grzbietem wysokość zdobywało się szybko. Dramat zaczął się w końcówce- gdy wydawało się, że to już koniec, zza załomu wyłaniał się kolejny kawał podejścia, i tak kilka razy z rzędu, nawet najmocniejsza psycha wysiadała. Wreszcie stanęliśmy na szeroki, bezwodnym siodle wyniesionym ponad 3 tys m. npm. obserwując zachód słońca. W dole widać było dwa stawki, wyglądające na idealne miejsce na obóz. Tylko czy zdążymy dojść? Nie było czasu się zastanawiać więc od razu ruszyliśmy pospiesznie na dół. Tymczasem zejście było wymagające- w niektórych miejscach trzeba się było opuszczać po skałach, a w wielu innych- próbować nie zjeżdżać razem z rumowiskiem. Chyba każdy przynajmniej raz zaliczył glebę, rekordziści dorobili się siniaków niemal wszędzie, ale udało się dojść na wypatrzone miejsce. Tyle tylko, że zielona równina okazała się prawie moczarem. Znaleźliśmy jednak jakieś miejsca na górkach i udało się założyć obóz. Noc była cudowna- bezchmurne niebo, księżyc w pełni i mokre ściany otaczających nas skalnych turni, które tak mocno odbijały światło księżyca, że zdawało się, że świecą własnym, silnym światłem.

I nastał wreszcie ostatni pełny dzień górskiej działalności. Plan był ambitny: przejść przez jeszcze jeden, wysoki grzbiet, a następnie zahaczyć o fragment tzw. gruzińskich dolin. Jednak już od rana po wczorajszej mięśniowej masakrze nie szło się nam najlepiej. Będąc w ¾ podejścia problemy zdrowotne na tyle się nasiliły, że nie można ich było dalej bagatelizować. Swój wkład w rozwój wypadków miała też pogoda- tym razem nie chodziło jednak o deszcz tylko wręcz przeciwnie. Po raz pierwszy doskwierał nam upał, a słońce przeszkadzało. W czasie jednego z postojów doszliśmy więc do wniosku, że wbrew temu, co niektórzy zwykli mawiać, jesteśmy tu dla przyjemności, a tym bardziej dla zabawy, więc postanowiliśmy zaniechać dalszych, ambitnych planów i zrealizować wariant „ligth". Po zejściu do doliny zaczęliśmy się obżerać występującymi tu w obfitości malinami. Drogą w kierunku Yaylalar podążało się bardzo sympatycznie, tym bardziej, że końcowy fragment wiódł nad krawędzią malowniczego, skalnego kanionu. Po osiągnięciu wioski oddaliśmy się urokom cywilizacji: najpierw nakupiliśmy sobie chleba, potem ugotowaliśmy jajka, a na koniec skroiliśmy sałatkę grecką. Po takiej uczcie ciężko było usnąć. W środku nocy obudził nas wyjątkowo fałszujący muezin. Zawdzięczamy mu jednak zdążenie na jedyny dolmusz odjeżdżający stąd do cywilizacji. Mimo że droga była dziurawa i kręta, kierowca gnał jak szalony. A szkoda, bo droga była bardzo piękna- przez wiele kilometrów wiodła malowniczym, skalnym wąwozem; przełom Dunajca przy tym to zwykły kanał. Podróż jednak kosztowała nas sporo, ale cóż- z monopolistą się nie negocjuje. Jeszcze jedna sprawna przesiadka, postój przy piekarni, gdzie każdy zaopatrzył się obowiązkowo w jeszcze gorący ekmek (tradycyjny chleb we wschodniej Turcji, bardzo podobny do swojego gruzińskiego odpowiednika) i jeszcze przed południem wylądowaliśmy w Erzurum- całkiem sporym mieście słynącym z konserwatyzmu. Początkowo chcieliśmy tu nawet iść do łaźni, ale zaobserwowany tu konserwatyzm nie zachęcał do tego. Kupiliśmy więc tanie jak barszcz bilety na pociąg do Stambułu, zrobiliśmy ekspresowe zakupy w okolicznym markecie i udaliśmy się na dworzec. Dogu Ekspresii (nasz pociąg) spóźniał się i spóźniał, ale nie wywoływało to zdziwienia u nikogo z oczekujących. I wreszcie wtoczył się skład na peron. Okazało się, że jest to klimatyzowany wagon z miejscami siedzącymi. Współpasażerów niewielu, szybko więc się rozgościliśmy. Mimo spóźnienia maszynista raczej się nie spieszył. Pociąg wlókł się po rozklekotanych torach z prędkością rzadko przekraczającą 40 km/h. Za oknami tylko półpustynie, czerwona ziemia spalona słońcem, gdzieniegdzie wypalone szczątki roślinne, jakieś domostwo. I tak aż do wieczora. Nocą postanowiliśmy się położyć, choćby na podłodze. Wywołało to ożywioną reakcję u pozostałych pasażerów (zresztą spotkać turystę w tureckim pociągu nie jest wcale takie proste), ale za to spało się smacznie. Następny dzień można więc było przeznaczyć na aktywne zwiedzanie okolicy. I tak odwiedziliśmy luksusowe wagony sypialne, wagon restauracyjny, a konduktor zaprosił nas nawet do wagonu bagażowego i generatora. W Ankarze dosiadło się sporo osób. Maszynista ani myślał nadrabiać spóźnienie, więc do Stambułu dojechaliśmy z trzygodzinnym opóźnieniem, po północy. Nie było więc szans przedostać się do europejskiej części, obfitującej w tanie noclegi, a oferta okolicznych hoteli okazała się dla nas nieprzystępna. Na szczęście „menedżer dworca" okazał się dla nas przystępny i pozwolił nam spać w eleganckiej poczekalni, zamykając nas w niej na noc.

Ostatni dzień w Stambule był napięty. Najpierw załatwiliśmy sobie bilety na autobus do Bukaresztu, potem obskoczyliśmy raz jeszcze bazary, obowiązkowe pożegnanie z cudowną kuchnią turecką w knajpce nad Złotym Rogiem i można wyruszać w podróż powrotną, wcale nie krótką.

Luksusowy autobus firmy o wdzięcznej nazwie „Orta Dogu" (Brama Wschodu) wypełniony był po brzegi przez rumuńskie, wrzaskliwe i kłótliwe baby oraz torby o niezidentyfikowanej zawartości. Mimo oficjalnych miejscówek trzeba było walczyć o każdy centymetr przestrzeni. Niebawem wylądowaliśmy na granicy bułgarskiej, gdzie spędziliśmy niezapomnianych siedem godzin. Była to okazja do rozeznania się co nowego na szlaku przemytniczym. My przewoziliśmy parę chust i lampy nabyte przez dziewczyny zbałamucone przez tureckiego handlarza, ale znawcy businessu na masową skalę przewozili tradycyjnie firany, a absolutnym hitem tego roku był proszek do prania. Dopiero gdy pasażerowie zrobili stiepę na celników po 10 usd autobus mógł ruszyć dalej. Mimo posiadanego biletu tylko do Bukaresztu postanowiliśmy nie wysiadać. W ten sposób dojechaliśmy do Jass, skąd busikiem przedostaliśmy się do Suczawy. Informacje uzyskane od dworcowej informacji, dyspozytora, kasjerki i kierowców autobusu nie pokrywały się ani trochę, ale i tak żaden wariant nie był nam przychylny, postanowiliśmy poczekać do wczesnego ranka, kiedy pojawiają się „przemytnicy" z furgonetkami. W międzyczasie dziewczyny zaczepiły pewnego Mołdawianina, którego urzekła nasza historia i postanowił nas odwieźć na granicę. Była już noc, i mimo że przejście oficjalnie jest dla pieszych niedostępne, jakimś cudem udało nam się opuścić wstrętną Rumunię. Z granicy do Czerniowców dojechaliśmy stopem w kilku podgrupach, jednak ostatni pociąg do Lwowa zdążył nam uciec. Spędziliśmy więc kolejną noc na dworcu. Rano okazało się, że biletów na pociąg już nie ma (wieczorem jeszcze ich nie było), więc postanowiliśmy negocjować bezpośrednio z prowadnicą. Przygotowane przez nas kanapki rozmiękczyłyby zapewne nawet najtwardsze serce, ale nasza prowadnica musiała być chyba wyjątkowo ława- na tej samej zasadzie co my podróżowało więcej osób niż z biletem- w sumie wg ostrożnych szacunków tylko w naszym wagonie mogło być ok. 150 osób. Nie trzeba dodawać, że okna tradycyjnie nie otwierały się. Dalsza podróż to już standard- marszruta omijająca remonty na drodze do Medyki, świecąca pustkami od momentu wejścia Polski do strefy Schengen granica, pazerny busiarz do Przemyśla i na styk załadowaliśmy się do pośpiechu do Krakowa.

Powrót z wielodniowej wyprawy to zawsze moment w jakimś tam sensie szczególny, kiedy przez myśl przewija się tysiące wspomnień, żal że to już się wszystko skończyło, a zarazem ciekawość co też w międzyczasie wydarzyło się tu, na miejscu. Tym razem jednak zmęczenie podróżą było na tyle silne, że właściwie na żadne tego typu refleksje nie miałem siły. Jedyne na co mnie było stać to patrzeć, jak ostatnie kilometry torów zostają gdzieś daleko w tyle oraz- ewentualnie przytupywać w rytm „Bas gaza", od którego jeszcze przez wiele dni nie mogłem się uwolnić.

 

 

Informacje praktyczne:

 

Dojazd:

Do Stambułu najprościej dostać się samolotem- codzienne rejsy z Warszawy obsługują na spółkę PLL LOT oraz linie tureckie. Nie jest to jednak opcja najtańsza. Wrażliwsze budżety mogą skorzystać jednak częściowo z uroków latania- z Bratysławy kilka razy w tygodniu startuje samolot SkyEurope, który jednak wylatuje ze stolicy Słowacji o godz. 23:00, więc do Stambułu przybywa w środku nocy. Ponadto, w przeciwieństwie do rejsu bezpośredniego, w Turcji wysiadamy na lotnisku Sabiha Gokcen, po azjatyckiej stronie miasta, w znacznym od niego oddaleniu, w przeciwieństwie do głównego lotniska im. Ataturka, skąd bezpośrednio do centrum dowiezie nas metro. Z lotniska azjatyckiego do miasta można się dostać na wiele sposobów. Z tych tańszych wymienić można autobus (odjazd co kilkadziesiąt minut, ok. 10 Euro), który dowiezie nas bezpośrednio na Taksim- ruchliwe centrum głównie nocnego życia Stambułu, skąd do części turystycznej można się jednak łatwo przedostać tramwajem. Zdecydowanie najtańszą opcją (ok. 3 Euro) jest przejazd miejskim autobusem do Uskudar- nadbrzeżnej dzielnicy Stambułu, skąd promem można się dostać do niemalże centrum. Autobus jeździ przez całą dobę, ale promy w nocy nie kursują; lepiej więc przeczekać noc na bezpiecznym lotnisku i w podróż wyruszyć dopiero rano.

Jeżeli nie załapiemy się na skandalicznie tanie bilety, a w budżecie nadal pustka, trzeba wybrać opcję całkowicie lądową. Najtańszy, choć nie najkrótszy wariant (przy pomyślnych wiatrach można zejść poniżej 48 godz.) wiedzie przez Ukrainę (Lwów, Czerniowce), Rumunię (Suczawę, Bukareszt), Bułgarię. W tym przypadku należy się liczyć z wydatkiem rzędu 250-450 zł. Wracając analogicznie ze Stambułu warto darować sobie główny „otogar" i swoje kroki od razu skierować na malutki, prowizoryczny dworzec w dzielnicy Aksaray (ok. 1 km na południe od stacji metra o tej samej nazwie). Właśnie stamtąd odprawianych jest większość autobusów w kierunku Grecji, Bułgarii i Rumunii, ale także do republik kaukaskich. Większość autobusów do Bukaresztu odjeżdża o 15:00. Głównym klientem tych linii są rumuńskie handlarki, kto więc nie znosi nieustającego lamentu kilkudziesięciu przekupek oraz dymu papierosowego powinien sobie znaleźć jakąś alternatywę.

 

Podróżowanie po kraju:

Po Turcji zdecydowanie najlepiej podróżować autobusem. Drogi są w dobrym stanie, organizacja podróży z reguły przebiega wzorcowo (stosunkowo rzadkie postoje, steward serwujący bezpłatne napoje to standard). Wysoki jest również standard pojazdów- klimatyzacja, a przede wszystkim luźno rozstawione siedzenia- w przeciętnym autobusie tureckim (przy podobnych rozmiarach) jest o ok. ¼ mniej foteli niż w typowym pojeździe europejskim. Tak więc nawet najwięksi sceptycy podróży autobusami powinni raczej ją przeżyć. Przy tym rozsądna jest cena i czas przejazdu- ponad 1000 km ze Stambułu do Trabzonu pokonamy w ok. 15 godz. i zapłacimy za to ok. 110 zł (koniecznie trzeba negocjować ceny)

Jeszcze tańszy (nawet dwa razy) jest przejazd pociągiem. Wagony są klimatyzowane, bezprzedziałowe, w standardzie pierwszej klasy pociągów intercity, tak więc nie ma co narzekać. Dodatkowo w składzie jest wagon restauracyjny, w którym serwowane ceny wcale nie muszą przyprawiać o zawrót głowy. Wadą jest tylko czas przejazdu (Stambuł- Erzurum to 33 godziny; tą samą trasę autobus pokonuje w czasie poniżej 20 godzin) oraz wybór połączeń, a właściwie brak wyboru: na wschód Turcji (do Karsu) wyjeżdża tylko jeden pociąg na dobę (Dogu Ekspresi).

 

Dojazd w góry i orientacja w terenie:

Istnieją dwa główne sposoby dotarcia w Kaczkar: od północy oraz od południa. W pierwszym przypadku oknem na świat jest Trabzon, skąd można wydostać się szosą wzdłuż wybrzeża do miejscowości Pazar (liczne kursy autobusów oraz dolmuszów- czyli tureckich busików), skąd kilka razy dziennie odjeżdża dolmusz wgłąb gór (do Ayder, czasami można wynegocjować dojazd nawet do Yukeri Kavron, ale droga dalej jest marnej jakości więc warto od razu wybrać sobie pojazd z lepszym zawieszeniem). Niektóre autobusy ze Stambułu jadą dalej na wschód (np. Rize, Hopa), można więc do Pazaru dostać się bardziej bezpośrednio. Firma Luks Artvin oferuje kilka kursów na dobę ze Stambułu do Artvin, objeżdżając Kaczar z trzech stron, co daje dużą elastyczność w planowaniu podróży.

Bramą od strony południowej jest Erzurum, skąd jest sporo połączeń do Yusufeli (ok. 2 godz., 40 zł). Dalej, poza sezonem jest tylko jedno połączenie z Ongularem; w lipcu i sierpniu można liczyć na dodatkowe kursy. Droga, choć nie długa (kilkadziesiąt kilometrów) powinna zająć ok. dwóch godzin i dostarczyć niezapomnianych przeżyć- niemal cały czas wiedzie malowniczym, skalnym kanionem, a typowy dla tureckich kierowców styl jazdy zwłaszcza tu może przyprawić o palpitacje serca. Koszt takiej przyjemności nie powinien przekroczyć 20 zł, lecz nieraz cwany kierowca może zażądać znacznie większej sumy.

Większość odwiedzających te góry ogranicza się do triumfalnego szturmu na Kaczkar, skąd najprostsza droga wiedzie z Ongularu. Szlak jest tam ewidentny i nawet przy złej pogodzie bez problemu powinno się trafić nad Czarny Staw (Deniz Golu). Uczęszczany, a co za tym idzie także wydeptany jest szlak z Yukeri Kavron. Poza tym szlaki istnieją głównie na mapie oraz w podaniach ludowych. Oznaczane bywają (jeśli bywają) za pomocą kopczyków z kamieni. W większości wypadków wypatrywanie z reguły malutkich kopczyków na tle rumowiska jest na tyle męczące i zawodne, że lepiej po prostu wyposażyć się w mapę i kompas i roztropnie z nich korzystać starając się jednak iść tymi miejscami, gdzie w teorii powinien przebiegać szlak; to minimalizuje ryzyko, że po całodniowej wspinaczce lądujemy na przełęczy, która po drugiej stronie zieje otchłanią nie pozostawiając innego wyboru jak wrócić tą samą drogą. Nie mamy także co liczyć na rozbudowaną infrastrukturę turystyczną; coś na kształt schroniska (możliwość nawet noclegu w jadalni) istnieje w Yukeri Kavron (można tam sobie nająć przewodnika), coś na kształt prostej restauracyjki oraz sklepu funkcjonuje w Ongularze. Poza tym nie ma co liczyć choćby na mały kiosk; osady oznaczane na mapie to wakacyjne wioski pasterskie, nie przystosowane i nie nastawione na obsługę ruchu turystycznego. Spać więc wypada w namiocie, jeśli chce się gdzieś konkretniej dojść. Rozbijać się można oczywiście „na dziko"; w pewnym sensie zorganizowane miejsce biwakowe jest na szlaku z Ongularu na Kaczkar (w górnej części doliny, skąd można zaatakować na lekko szczyt)

 

Pogoda

Pogoda jak to w górach, jest zmienna i trzeba być przygotowanym na niemal każdą ewentualność. Są jednak w tej zmienności jakieś prawidłowości. Wrogowie upału nie muszą się tu go obawiać, co prawda w lipcu i w sierpniu bywa ciepło, ale gorąc nie jest bardziej dokuczliwy niż w czasie fali upałów w Tatrach. Podobno najlepszym okresem na wędrówki jest lipiec i pierwsza połowa sierpnia, wtedy też nasilenie ruchu turystycznego jest największe. Jednak we wrześniu pogoda również jest dobra- upałów już nie ma, a ziąb nie jest jeszcze taki straszny, jakkolwiek prawdopodobieństwo opadu śniegu jest duże, a nocne przymrozki są regułą.

Ze względu na przebieg zjawisk pogodowych góry można podzielić na dwie części (granicą jest główny grzbiet): po stronie północnej (tzw. pontyjskiej), pogodę kształtują głównie masy wilgotnego powietrza znad morza, które od samego rana są nawiewane w kierunku gór. Bariera głównego grzbietu jest dla nich najczęściej zabójcza, co ma swoje pogodowe konsekwencje. Tak więc latem poranki są zazwyczaj słoneczne, ok. 10:00 zachmurzenie zaczyna stopniowo narastać, około południa nachodzą mgły oraz zaczynają się opady, trwające nieraz do wieczora. Choć jest to uciążliwe, ma jednak swoje zalety: roślinność jest tu dużo bardziej żywiołowa, nie ma również problemu z wodą pitną- jest wszędzie. Zupełnie inaczej jest po stronie południowej (anatolijskiej): wilgotne chmury z północy są tu rzadkim gościem, nasłonecznienie jest większe oraz dominują suche wiatry znad kontynentu. Opady są więc dużo mniejsze, pogoda bardziej stabilna, widoczność lepsza, ale i dobowe amplitudy temperatur większe (nocne przymrozki). Dlatego też roślinność jest bardziej skąpa, a i o wodę pitną trudniej.

 

Ekwipunek

Zabrać ze sobą należy przede wszystkim namiot oraz ciepły śpiwór. Niezbędny jest także palnik- drzewa powyżej 2000 m.npm (czyli większość obszarów atrakcyjnych trekkingowo) nie są tu spotykane. Najlepszy jest palnik benzynowy- z uwagi na duże wysokości i zdarzające się niskie temperatury (zwłaszcza przed świtem). Palnik gazowy także sobie poradzi, tyle że w Turcji jeśli już uda się kupić kartusz, to najczęściej CampinGaz. Nie ma też co liczyć na uzupełnianie zapasów żywności w wioskach- w sytuacji awaryjnej miejscowi poratują nas co najwyżej chlebem, sami zazwyczaj nic więcej nie mają. Warto też zaopatrzyć się w tabletki lub krople do odkażania wody- biwakując w okolicach szczytu Kaczkara jedynym źródłem wody są jeziora, a że sporo turystów stacjonuje właśnie tam, ich czystość łatwo zakwestionować.

{gallery}galerie/wyprawy/turcja-300_dni_soca{/gallery}