Drukuj

PodróżMonte Pelmo

Schönes Wochenende Karte, ... jak ?

W czasie zeszłorocznych wędrówek po Dolomitach padł pomysł żeby spróbować sił wyżej niż 3000 m., żeby pojechać w Alpy na lodowiec. Pomysł wydawał się dosyć ciekawy i zebranie ekipy 4 osób na tę wyprawę o dziwo nie stanowiło problemu. Już w zimę był gotowy skład, ale organizację wyprawy odłożyliśmy na później. Jak się potem okazało tylko jedna z osób nie mogła w efekcie końcowym pojechać. W rezultacie wyjechały ("i wróciły") 3 osoby: Czarek, Damian i Michał, wszyscy znaliśmy się z wypraw w Beskidy i Karpaty studenckiego klubu SKG. Zgranie zespołu nie stanowiło więc dla nas żadnego problemu. Każdy z nas posiadał duże doświadczenie górskie, ale nie do końca było dla nas jasne czy to wystarczy na Alpy. Jak się potem okazało nasze obawy po części były słuszne.

Doświadczenie... tego nam brakowało najbardziej. W dodatku w ostatniej chwili okazało się właśnie, że czwarty, który chodził już po Alpach nie może jechać. Musieliśmy w trybie przyspieszonym wydobyć z niego przydatne nam informacje. Skrócony kurs wydobywania się ze szczeliny, może na wiele nam się na szczęście nie przydał, ale zawsze teoretyczną wiedzę posiadaliśmy, więc nie dokońca byliśmy laikami. Dodatkowo w czerwcu zaliczyłem jeszcze tygodniowy kurs skałkowy więc techniki asekuracji czy wiązanie węzłów nie było nam zupełnie obce. Myślę, że w sumie nawet ci bardziej zaawansowani turyści których spotykaliśmy na szlakach nie mieli wcale większej wiedzy od nas i nie myślę, że poruszali się jakoś znacząco bezpieczniej i sprawniej. Z perspektywy czasu patrząc warto jednak zadbać o odpowiednie przygotowanie przed wyjazdem na lodowiec. Mimo że owszem przy ładnej pogodzie wejście na Mont Blanc granią Goteur nie przedstawia żadnych trudności technicznych, to jednak nie wszystkie ścieżki są aż tak przedeptane. Niektóre drogi alpejskie trzeba przedeptywać samemu, kombinując jak ominąć szczeliny, czy strawersować strome pola śnieżne. Generalnie wg. mnie na lodowiec można wchodzić tylko z jakim takim przygotowaiem. No ale dość o tym...

Przygotowanie do takiego wyjazdu może zająć trochę czasu szczególnie, gdy nie posiadamy odpowiedniego sprzętu alpejskiego takiego jak: raki, czekan, lina, uprząż, 2 karabinki,2 pętle prusika, 2 zwykłe pętle taśmowe, śruba lodowa i inne elementy w zależności od trudności trasy (te które wymieniłem to raczej podstawa na drogi PD, drogi F na ogół są do przejścia w rakach i z czekanem, ew. kijkami). Oprócz tego wystarczy nam zwykły sprzęt osobisty taki jak używa się podczas wycieczek po Beskidach typu: czołówka, plecak, NRC-ta, polar i ciepła odzież, anorak, palnik i kartusze. My nie posiadaliśmy prawie w ogóle sprzętu alpejskiego nie pozostało nam nic innego jak zakupić lub pożyczyć go. Mimo że niby w sklepach turystycznych jest taki sprzęt warto najpierw odpowiednio sprawę przemyśleć i poczytać co nieco wtedy będziemy mieli pewność, że nie wydamy pieniędzy na kiepskiej jakości lub co gorsza niedopasowany do naszych potrzeb sprzęt, z którym będziemy się męczyć podczas wyprawy. Mając już cały komplet wyposażenia na 3 tygodniową wyprawę mój plecak ważył 30 kg i chociaż męczyłem się niemiłosiernie żeby tą wagę zbić nie udało się. Namiot i lina nawet przy niewielkim ciężarze jedzenia, które postanowilśmy kupować na miejscu spowodowały, że nasze plecaki były naprawdę ciężkie (mieliśmy w zamiarze jednak jak najwięcej chodzić "na lekko" zostawiając rzeczy w dolinach więc nie stanowiło to aż tak wielkiego problemu)!!!

Przejazd w Dolomity zaplanowaliśmy tak by wyszło jak najtaniej. Z tego powodu przejazd tam zaplanowaliśmy na weekend by móc skorzystać z oferty niemieckiej koleji DB, a mianowicie biletu Schönes Wochenende Karte. Bilet taki jest ważny na całym terytorium Niemiec oraz na kilku stacjach przygranicznych (np. Salzburg, Basel...). Kosztuje on obecnie 40 DM i umożliwia grupie do 5 osób podróż w sobotę lub niedzielę od godziny 0:00 przez 27 kolejnych godzin po terenie całych Niemiec pociągami klasy RB, RE, IRE. Tak więc po podzieleniu kosztów na 5 osób bilet przez całe Niemcy kosztuje 16zł. Bilet taki możemy zakupić w kasach DB lub też w dworcowych automatach do sprzedaży biletów. Tu ciekawostka, że na byle stacji w Niemczech taki automat stoi, a co lepsze możemy wydrukować sobie w nim nasz dalszy Fahrplan (czyli plan podróży). Pociągi regionalne w Niemczech mają tą przykrą cechę, że często się spóźniają wbrew naszym oczekiwaniom co do punktualności koleji niemieckiej. Wynika to z tego że pociągi na mniejszych stacyjkach są często ze sobą skomunikowane i w związku z tym jeden czeka na drugi, dzięki czemu bez przeszkód możemy kontynuować naszą podróż, może trochę poza rozkładem, ale najważniejsze że zawsze w rezultacie dotrzemy na miejsce.

My zaplanowaliśmy przejechanie trasy Warszawa - Zgorzelec - Göerlitz - Mittenwald. Takie połączenie wydawało nam się najlepsze gdyż z Mittenwaldu biegnie najprostsza droga w Dolomity, którą zamierzaliśmy pokonać autostopem. W samej Warszawie nocny pociąg do Dresna osiągnął już 30min spóźnienia, więc na przesiadkę w Göerlitz mieliśmy tylko kilka minut, co łącznie z biegiem do kasy po zakup biletu Wochenende spowodowało sporą nerwowość. W tym miejscu radzę bilet na odcinek graniczny zakupić u konduktora, gdyż kupując go w Warszawie przepłacamy i to grubo. U konduktora powinien on nas kosztować około 2-3 zł. W Görlitz było sporo Polaków, którzy chcieli jechać na Wochenende w różne strony Europy i mogliśmy znaleźć 2 kolegów do piątki na bilet, co trochę obniżyło cenę biletu na głowę. W końcu po całym dniu podróży koleją, zresztą bardzo wygodną i komfortową znaleźliśmy się w Mittenwaldzie, gdzie udaliśmy się na nocleg (jest miejsce na namiot koło parkingu przy wyjeździe z miasteczka, koło głównej szosy na Innsbruck). Z rana zaś początek podróży stopem. Ja raczej nie mogę narzekać łapało się szybko i była to przyjemna podróż. Zatrzymywali się naprawdę różni ludzie i raczej nie ma tu reguły kto się zatrzymuje. Najczęściej jednak są to trochę mniej zamożni mieszkańcy, ew. dawni autostopowicze, a w moim przypadku (miałem na wierzchu linę i czekan) również wspinacze. Najczęściej zatrzyma się samotna osoba lub małżeństwo bez dzieci, gdyż w środku po władowaniu dużego plecaka i tak nie ma za dużo miejsca. Podróże TIR-em są bardzo skuteczne ale znacznie wolniejsze niż samochodami osobowymi. Ja preferuję, samochody osobowe, choć jazda TIR-em nierzadko może oznaczać przejachanie odcinka 500 km jednym rzutem. Ostatecznie przejechanie trasy Mittenwald - kemping Pecol autostopem zajęło mi troszkę poniżej 8h. Korzystałem przy tym z pięciu różnych samochodów. Doświadczenia kolegów w tym względzie są róże jeden z nas potrzebował nawet 11 stopów żeby się tu dostać i 2 dni podróży, ale był to ewidentny pech tzn. ugrzęźnięcie w Insbrucku.

W końcu postawiłem nogę w umówionym miejscu na kempingu w Pecolu. Mimo, że dojazd tu zajął mi od wyjścia z domu około 40 godzin i kosztował około 40 zł to twierdzę, że wygodniej by było pojechać samochodem. Cała podróż zajęła by może z 16h a koszty jeśli jedzie komplet pasażerów to około 150zł. Jedynym problemem jest tylko, że trzeba taki wóz posiadać;-).


Kolejny raz w Dolomitach

Kemping "Civetta" w Pecolu jest bardzo porządny i można tu naprawdę odpocząc. Mamy do dyspozycji ciepłą wodę, stół do ping-ponga, jadalnię, suszarnie oraz pralnie. Do dyspozycji przybyszów, są również małe domki połączone z przyczepami tzw. "caravans", ale zazwyczaj są wszystkie pozajmowane. Moje zdziwienie było wielkie gdy właścicielka kempingu poznałą mnie i radośnie stwierdziłą, że już tu kiedyś byłem. I rzeczywiście 2 lata temu spędziłem tu 3 dniowe załamanie pogody. Jednak to miło, że ktoś mnie pamiętał. Dzięki zresztą tej znajomości na koniec pobytu w Pecolu, zostaliśmy podwiezieni na Passo Duran firmowym autem, co zaoszczędziło na mnóstwo czasui kłopotów.

Następnego dnia wystartowaliśmy z kepingu na Monte Pelmo 3168 m n.p.m. Zdawaliśmy sobie sprawę, że to będzie długa wycieczka. I rzeczywiście zajeła nam coś około 11h marszu, ale naprawdę warto. Trasa z Pecolu to co prawda około 1700 m przewyższenia, które musimy pokonać, więc widać że jest to trasa dla turystów posiadających trochę lepszą kondycję niż przeciętna. Jeśli ktoś czuje że to za długa trasa, można zawsze przenocować w schronisku Venezia na wysokości około 2000 m. Z mojego doświadczenia wynika, że można za zgodą właściciela rozbić obok schroniska namiot. Trasa na Monte Pelmo jest bardzo interesująca i można podzielić ją na 4 etapy. Pierwszy etap to dojście pod skały, to zadanie najłatwiejsze po prostu trzeba w odpowiednim momencie skręcić na dobrą ścieżkę biegnącą poprzez piargi. Po podejściu pod skałę widać znaki informujące o początku przejścia oraz kamienne kopczyki. Drugi etap to skalne półeczki, są dosyć powietrzne i nie ubezpieczone (jak cała ta trasa, uwaga to nie jest via ferrata). Miejscami są spity do założenia własnej liny. Gdy jednak na trasie nie ma śniegu co jest raczej normą w sierpniu, lina nie będzie potrzebna (choć jak ktoś ma może zabrać oczywiście). Trzecia faza to jest przjeście kotła Monte Pelmo. Jest to faza dość żmudna, strome podejście piargiem i skałami do górnego kotła. W zejściu w razie gorszej pogody, mogą pojawić się trudnosci orientacyjne. Należy wtedy trzymać się lewej strony kotła a na samym dole zdecydowanie wykręcić bardziej na południowy wschód. W ogóle warto uważać tak by odpowiednio wejść w system skalnych półek. Ostatnia faza to wejście na szczyt. We mgle może wydać się trochę trudniejsze ale w rzeczywistości nie jest. Wystarczy skierować się na przełączkę leżącą na zachodzie między głównym wierzchołkiem a wierzchołkiem południowym. Z przełączki w prawo z początku prawą stroną grani, potem granią na szczyt. Na szczycie stoi krzyż, więc jest to dobry punkt orientacyjny. Wycieczka w przypadku słonecznej pogody orientacyjnie nie przynosi żadnych problemów i jest wspaniała. Od schroniska Venezia wejście zajmie nam od 3,5h (szybko) do 5h (wolno). W zejściu około 3h. Po zejściu ze szczytu byliśmy z kolegą nieźle zmęczeni i bolały nas nogi, ale następnego dnia twardo wystartowaliśmy na Civettę.

Na szczycie Civetty

Civetta 3220 m n.p.m. kusiła nas swoją ciekawą ferratą Aleghesi. Przechodziłem ją co prawda już raz, ale ta świetna droga wydawała się celem godnym powtórzenia. I rzeczywiści przejscie jej sprawiło nam wielką przyjemność. Co prawda z Pecolu jest to znowu 1800 metrów przewyższenia, ale widoki przy słonecznej pogodzie całkowicie wynagradzają trud tej trasy. Dla mniej wytrwałych polecam start ze schroniska Coldai około 2000 m, ale z miejscem na namiot tuż przy schronisku mogą być problemy, po prstu nie ma za dużo płaskiego. W okolicach 15 minut drogi na pewno jednak coś znajdziemy. Via ferrata Alleghesi może być z powodzeniem zrobiona przez turystę, który przechodził już np. "Orlą.." w Tatrach. Jednak trzeba zaznaczyć że jest to trasa bardziej wyczerpująca i mająca zdecydowanie więcej emocjonujących miejsc. Sprzęt do via ferrat - potrzebny (kask, może, ale nie musi, się przydać). Wejście od schroniska Coldai na szcyt zajmie nam około 3-3,5h (szybko). Cała wycieczka trwała zresztą znowu 11h, ale naprawdę warto.
Po tych dwóch szczytach przenieśliśmy się w masyw Moiazzy z zamiarem przejścia ferraty Costantini, która jest uważana za jedną z dwóch najtrudniejszych w Dolomitach. Ku naszemu niezadowoleniu, zaczęło padać i nasz pobyt w tym rejonie ograniczyliśmy do pobytu w pięknej darmowej chatce Malga Duran, którą gmina Agordino wyremontowała i utrzymuje dla turystów w razie załamania pogody własńie. Włosi oczywiście z tego wspaniałego miejsca nie korzytają, ale my byliśmy zachwyceni. W środku było miejsce na ognisko, kuchenka węglowa (na drewno), stół krzesła i stryszek, a poza tym cały sprzęt kuchenny i trochę jedzenia. Chatka ta znajduje się pomiędzy Passo Duaran a rif. Concatrin, jakieś 15 minut od schroniska. Pobyt w takiej chatce w mniej pogodne dni to naprawdę znaczące udogodnienie. Polecam ją wszystkim. Postaniowiliśmy że nie będziemy czekać na poprawę pogody i kolejny mniej pogodny dzień przeznaczyliśmy na trasport do Frasenne pod ferratę Stella Alpina, która wg. Przewodnika p. Tkaczyka miała być najtrudniejsza w Dolomitach.

Mont Anger

... I była, co się okazało już następnego dnia. Trasa na Mont Agner jest generalnie bardzo ciekawa i zróżnicowana, ale jej pierwszy fragment, czyli "Stella Alpina" to rzeczywiście już bardziej trasa wspinaczkowa. Gdyby nie stalowe haki i liny śmiało bym powiedział, że są tam miejsca piątkowe (V). Na krótkim w sumie odcinku "via ferraty" mamy do czynienia z pionowymi ściankami i zacięciami. Czasem brakuje wygodnego oparcia dla stóp i trzeba wspinać się zapieraczką. Przejście tego odcinka wymaga naprawdę sporych umiejętności i niewrażliwości na ekspozycję. Dla zwykłego turysty z Polski nie jest to najlepsza trasa na zapoznawanie się z Dolomitami. Mi osobiście największy problem sprawił pierwszy i ostatni fragment ferraty. Z początku po prostu myślałem, że jest prostsza i odpowiednio się nie zmobilizowałem do walki, a końcowy fragment.. no cóż zobaczcie sami. Po przejściu "via-ferraty" idziemy trawersem do biwaku Busnish a stamtąd możemy udać się na szczyt Mont Agner - tak zresztą z kolegą uczyniłem i naprawdę było warto (widoki w dół na Agordo jak z samolotu).

Po tych przygodach wycofaliśmy się z rif. Scarpa (nocleg w namiocie obok za zgodą właściciela, lub w chatce na betonowych palach) i uderzyliśmy w dół by natępnego dnia autobusem i pociągami pojechać do Aosty. Jechaliśmy z Frasenne do Bolzano a dalej via Verona - Milano - Chivassso - Ivrea do Aosty. Cała podróż zajęła nam ok. 12h przejechaliśmy z 600 km, a kosztowało nas to po 100 zł (i to tak było tanio, korzystaliśmy tylko z pociągów Dirreto i Regionale). Uwaga!!! Obecnie od lipca 2001, droga kolejowa Ivrea- Aosta jest cześciowo zamknięta. Pociąg dojeżdża tylko do Bolcfranco, tam trzeba się przesiąść w podstawiony przez włoskie koleje autobus.

 


 

Pierwsze lodowce w naszej karierze

Pont - La Chatilion

Z Aosty udaliśmy się autobusem (3 dziennie - około 8, 12 i 17) do Pontu w dolinie Valsavaranche. Droga ta stromymi serpentynami pnie się z doliny Aosty (500 m n.p.m.), na wysokość około 2000 m gdzie kończy się dużym parkingiem i kempingiem (niestety drogim). Miejscowość Pont to kilka rozwalających się prawdopodobnie zabytkowych domów i hotel. Niby nic ciekawego, ale my jak zwykle w jednym z takich domów znaleźliśmy darmowe miejsce na nocleg (w sumie wyszły nawet 3 noclegi). Z tego miejsca po przeczekaniu dnia brzydkiej pogody o godzinie 100 w nocy uderzyliśmy w górę do schroniska Victorio Emmanuelle II ok. 2700 m by zmierzyć się ze szczytem Gran Paradiso (4061 m n.p.m.). Miał to być mój pierwszy czterotysięczny szczyt, wszyscy zastanawialiśmy się jak będzie i czy się uda. Dojście do schroniska zajęło nam 2 godziny i po dojściu okazało się, że jeszcze wszyscy śpią dopiero po kilku minutach ktoś się obudził i na nasze pytanie kiedy wychodzą ludzie na szczyt GP, odpowiedział że ok. 430 - 5. Ponieważ już była 400 postanowiliśmy wyruszyć i iść jako pierwsi. Na dole lodowca związaliśmy się liną i ruszyliśmy do góry. Jak się okazało poruszanie się po prostym i bezpiecznym lodowcu nie przedstawia żadnych trudności.

Widok z Gran Paradiso na Mont Blanc

Im wyżej szliśmy do góry tym większy wiatr się zrywał. Momentami był naprawdę bardzo silny, ale były też długie momenty niemal bezwietrzne. Około granicy 3700 m, nasze oddechy wyraźnie się skróciły i trzeba było robić więcej krótkich przerw na wyrównanie oddechu. Jednak wejście na wysokość 4000 m dla zdrowego organizmu przy wstępnej aklimatyzacji (czyt. zdobycie górki 3000 m), nie jest jakieś wyjątkowo męczące. Droga na szczyt ze schroniska to jakieś 4-5h dreptania po lodowcu, ale naprawdę warto bo widoki ze szczytu są znakomite: Masywy Mont Blanc, Ecrins, Dom, oraz Matterhorn są widoczne jak na dłoni. Dobra pogoda i piękne widoki wprawiły nas w dobre humory i dodały dodatkowych sił. Zejście to już była sama przyjemność, uporaliśmy się z nim bardzo szyvbo i jeśli odjąć 2h opalania się pod schroniskiem to cała trasa ze szczytu do Pontu zajęłaby nam 4h. Ogólnie Gran Paradiso jest mocno uczęszczanym obszarem. Na szczyt w pogodny dzień wchodzi sporo ludzi i nie ma za dużych problemów orientacyjnych. W dolinie Valsavaranche, turystów jest jeszcze więcej, ale nie tak dużo jak na szlakach tatrzańskich i dlatego wypoczynek tu to czysta przyjemność (trzeba pamiętać, że ten opis dotyczy już okresu po sezonie urlopowym we Włoszech). Pożegnaliśmy Pont szczęśliwi, że udało się łatwo zdobyć GP i mając nadzieję na łatwe zdobycie Monte Bianco.

Dolina z jeziorem Lac de Combal

Pobyt pod Mont Blanc zapowiadał się fajnie. Już na wstępnie koło jeziora Lac du Combal (z Courmayeur kursuje do pobliskiego parkingu autobus miejski, co godzinę) odkryliśmy betonowy bunkier, jako tako nadający się do spędzenia tu nocy. Nie była to może jakaś ekstra chatka w stylu "dolomitowym", ale znowu nie musieliśmy rozstawiać namiotu. Choć obok był kawałek płaskiego terenu na którym można by było się rozbić. W nocy niespodziewanie zawitały do nas 2 nietoperze, które chyba tu miały swóją kryjąwkę, ale jakoś zgodnie podzieliliśmy się miejscem do spania, one zajęły sufit a my podłogę;-). Rano zabraliśmy cały sprzęt po 30 kg na łebka (mieliśmy nawet namiot licząc, że rozstawimy go sobie pod schroniskiem) i zaczęliśmy nasze najdłuższe podejście, które lekko liczyło 1000 m do schroniska Gonnella 3071 m. Droga była długa, ale ciekawa... (nawet bardzo ciekawa). Najpierw ze 3h przez morenę lodowca, a potem ze 3h trawersem do góry po skale. Miejscami było przepaściście i stromo. Droga częściowo była ubezpieczona łańcuchami i drabinkami. Z ciężkim plecakiem niezwykle niewygodnie i męcząco się szło. Tuż przed końcem trzeba było założyć nawet raki i wyjąć czekan by przetrawersować pole śnieżne. Trasa ogólnie z ciężkim plecakiem jest trudna i polecam przed wyjściem na nią maksymalnie zmiejszyć ciężar wora np. poprzez pozbycie się namiotu. Tak właśnie... po prostu w górze przy schronisku nie ma go gdzie rozbić. Schronisko jest i tak już maksymalnie wciśnięte w skałę i obok nie ma miejsca. Nawet lądowisko helikoptera zostało zbudowane na metalowej platformie. Przenocować zatem możemy tylko w schronisku, lub jeśli jest poza sezonem (sezon to prawdopodobnie tylko lipiec - sierpień, albo okresy ładnej pogody umożliwiające zdobywanie MB), w schronisku tzw. zimowym, które jest darmowe. Nam udało się trafić w ten okres, w którym za schronisko się nie płaciło. Z nami tego samego dnia weszły do schroniska jeszcze 3 osoby (oczywiście... Polacy). Potem oni zeszli, a my zostaliśmy sami. Nie było nam dane jednak zdobyć MB w tym rokum gdyż dwie noce pod rząd padał ostry śnieg tak, że zdecydowaliśmy się na zejście, które i tak już częściowo było zasypane. Naprawdę zejście z 30 kg plecakiem było bardzo cięźkie i niebezpieczne (nie polecam nikomu). Sprawę zasadniczo utrudnił świeży śnieg, ale jakoś szczęśliwie znaleźliśmy się na dole. Niesamowite emocje i przygody, powoli się kończyły. Zostało nam tylko spędzić noc na kempingu Dzerotta (polecam) i wrócić do domu.


Autostopem przez Europę.

W tym rozdziale chciałbym poruszyć krótko temat podróżowania w Alpy z Polski. Dla mniej zasobnych turystów przejazd tu może okazać się bardzo znaczącym wydatkiem i dlatego postaram się w kilku słowach opowiedzieć jakie są możliwości transportu w tą część Europy. Generalnie są cztery podstawowe środki transportu: autostop, pociąg, autokar rejsowy, własny samochód. Z oczywistych, cenowych powodów nie u względniam tu połączenia lotniczego Warszawa - Mediolan.

Transport autostopem do doliny Aosty jest dosyć skomplikowany. Można wybrać kilka tras dojazdowych. Pierwsza z nich wiedzie przez Wiedeń, Klagenfurt, Wenecję, Mediolan, druga przez Monachium, passo Brenner, Mediolan, trzecia przez Monachium bezpośrednio do Mediolanu, a czwartą propozycją jest skomplikowany przejazd przez całe Niemcy, do Basel w Szwajcarji a dalej przez Gran Passo San Bernard. Trudno mi jest jednoznacznie powiedzieć jaka z tych tras jest najłatwiejsza. Na podstawie moich doświadczeń najszybciej prawdopodobnie da się przejechać drugą z nich, tą przez Passo Brenner. Podróż taka może nam zająć od 24-48h (raczej bliżej tych 48 niż 24), ale pod warunkiem, że będziemy łapać zgodnie z regułami sztuki (o których trochę napisałem w rozdziale Informacje). W sumie wychodzi na to, że całą tą trasę da się przejechać za darmo.

Podróżowanie pociągiem może okazać się zaskakująco uciążliwe i drogie. Ale jeśli zdecydujemy się częściowo na pociąg a częściowo na autostop, przejazd będzie dość przyjemny i tani. Jak to zrobić? Przy podróży tylko pociągiem mamy do wyboru kilka tras. Warszawa - Wiedeń - Lienz - Brenner - Bolzano - Milano - Aosta, Warszawa - Drezno - Monachium - Brenner - Bolzano - Milano - Aosta, Warszawa - ..... - Freiburg - Martingny - Aosta. Jednak cały przejazd będzie tak uciążliwy i drogi (koszty każdej z tras między 250 (przez Brenner) - 400 (przez Szwajcarię) zł w jedną stronę i to przy założeniu, że przez Niemcy pojedziemy na WochenEnde), że raczej taka możliwość nie wchodzi w grę. Dlatego gdy planujemy jechać koleją najlepiej jechać w weekend przez Niemcy na tanim bilecie a potem spróbować autostopem. Taki wariant powoduje że koszty podróży w jedną stronę nie powinny przekroczyć 100 zł, a czas jej trwania to około 40-48h.

Autokar rejsowy zabierze nas z Warszawy do Mediolanu lub Turynu. Stąd można pociągiem lub autobusem dojechać szybko i w miarę tanio do Aosty. Cena takiego przejazdu w obie strony to niestety około 700 zł. Ale wygoda i szybkość godne pozazdroszczenia ok. 30h i jesteśmy na miesjcu.
Podróż własnym samohodem to wydatek rzędu 200 zł w jedną stronę przy założeniu że podróżuje się we czwórkę. Wygoda jest oczywiście największa, czas przejazu około 24h ale do tego trzeba pamiętać o opłatach autostradowych. Dlatego moim zdaniem najlepiej jechać przez Niemcy (bez opłat), Szwajcarię 40 franków szwajcarskich (za całoroczny karnet), i przełęcz Gran San Bernardo. Możliwości jest sporo i warto się zastanowić, która najbardziej nam będzie pasowała. Wszystkim życzę szerokiej dorgi!!!

 


 

Jak, co, gdzie, kiedy, dlaczego?