DSCF5534

 

Od samego początku wyjazd stanął pod znakiem pokonywania trudności ale za każdym razem gdy na nie natrafiałem udawało się wyjść na prostą i to głównie dzięki kursowi przewodników górskich organizowanemu przez SKG. Pojechałem samotnie w całkowicie nieznany sobie pasma, które jak miałem się przekonać, poza wyjątkami, nie są specjalnie uczęszczany przez turystów. Korzystając z okazji chciałbym w tym miejscu podziękować Michałowi Bekeyowi. Gdyby nie jego wskazówki i pomoc w organizacji „zaplecza kartograficznego" było by mi zdecydowanie trudniej zorganizować moją wyprawę.

 

 

Teraz kilka słów o geografii. Góry, o których mowa w tytule leżą we wschodniej Słowacji oraz północno wschodnich Węgrzech. Ujmując rzecz ściślej góry Czechowskie są południowym sąsiadem naszego Beskidu Sądeckiego, natomiast góry Tokajsko - Slańskie stanowią jakby ich kontynuację i ciągną się na południe i przechodząc na węgierską stronę granicy docierają aż do rzeki Bodrog w rejonie miejscowości Tokaj. Oba wymienione wyżej pasma są silnie zalesione i dosyć niskie. Pod tymi względami przypominają Beskid Niskim, którego jestem wielkim fanem.

Tyle tytułem wstępu, pora opowiedzieć koleje mojego losu ...

 

W Kraju Słowian

 

Aby dotrzeć w Góry Czerchowskie przejechałem autokarem z Warszawy do Krynicy Zdrój, a następnie złapać pociąg do Muszyny. Tutaj zaczęły się schody bo między Muszyną a granicznym Leluchowem właściwie nic nie kursuje. Od początku wiedziałem, że z dziewięciokilometrowym odcinkiem od stacji PKP do granicy mogą być kłopoty. I rzeczywiście początkowo sytuacja nie wyglądała najlepiej. Na drodze wylotowej z Muszyny bezskutecznie próbowałem łapać stopa. Dałem sobie spokój po około pół godzinie i zastosowałem taktykę łapania okazji w marszu. Okazała się ona bardzo skuteczna, zatrzymał się pierwszy przejeżdżający samochód i ... zostałem dowieziony dokładnie do celu. Miałem dużego farta - autem, którym miałem przyjemność podróżować jechały pracownice sklepu na byłym przejściu granicznym, nie mogłem trafić lepiej ! Dzięki temu szczęśliwemu zbiegowi okoliczności miałem sporo czasu na zwiedzenie cerkwi w Leluchowie i rozejrzeniu się po okolicy. Muszę przyznać, że ta przycupnięta na zboczu świątynia bardzo przypadła mi do gustu. Zdawała się dryfować w nieokreślonej czasoprzestrzeni, a patrząc na nią i okoliczny krajobraz rzeczywiście miało się poczucie, że jest się na końcu świata - tak jak w tekście piosenki Starego Dobrego Małżeństwa. Myślę, że jeszcze wrócę w to miejsce bo ma w sobie coś magicznego ...

Gdyby nie pozostałości po przejściu granicznym, tabliczki z nazwami miejscowości i wiedza o tym, że granica biegnie strumieniem rozdzielającym Leluchów od Ruskiej Woli nad Popradem mógłbym się nie zorientować, iż ją przekroczyłem. Nigdzie w okolicy nie było słupków granicznych, a po obu stronach napisy na sklepach są dwujęzyczne czy nawet tylko w języku sąsiada. Co ciekawe po stronie polskiej bardzo aktywnie kręcił się przygraniczny biznes. Mimo wczesnej pory było już sporo Słowaków kupujących głównie produkty spożywcze.

Godzina, którą miałem na zwiedzanie zleciała bardzo szybko i trzeba było ustawić się na przystanku.

Autokar do Bardiowa przyjechał planowo i o dziewiątej rano byłem już w mieście. Dzięki uprzejmości pracownic dworcowego baru mogłem zostawić plecak, przechowalni bagaży po prostu nie było, i na lekko udać się do centrum. Następne kilka godzin przeznaczyłem na zwiedzanie, a było co oglądać ! Przede wszystkim piękny obszerny rynek z kamieniczkami ratuszem mieszczącym muzeum i katedrą św. Idziego. Do tego należy dodać świetnie zachowane mury obronne z dwiema bramami, basztami i barbakanem oraz zespół budynków gminy żydowskiej.

Gdy już nasyciłem ducha przyszła pora wygodzić ciału. Obiad zjadłem w barze, w którym zostawiłem plecak. Tu spotkałem Leo, młodego podróżnika z Austrii, który pierwszy raz zawitał w Europie Środkowo - Wschodniej. Był nieco zagubiony w tutejszej rzeczywistości komunikacyjnej i językowej. Pomogłem mu rozwiązać problem komunikacyjny i zaczęliśmy rozmowę w języku angielskim, którą kontynuowaliśmy jeszcze w pociągu do Preszowa.

Dowiedziałem się z niej, że przyjechał z zamiarem zwiedzania zabytków Słowacji, a obecnie zmierzał na Spisz do Kieżmarku. Pogadali byśmy z pewnością dłużej ale musiałem wysiąść w Hertniku, trzeciej stacji za Bardiowem. Tutaj zaczęła się moja wędrówka przez południową część Gór Czechowskich (na zejście całości nie miałem niestety czasu).  Do punktu, w którym miałem nocować dotarłem planowo po trzech godzinach i to mimo tego, że zielony szlak wiodący na przełęcz Czechowską zrobił mi psikusa i po pierwszym kwadransie znikł i udało mi się go powtórnie złapać dopiero po około godzinie. Po drodze minąłem chatek przeznaczoną dla turystów. Była zamknięta ale z ław i paleniska jak najbardziej można było korzystać. Kawałek dalej, już na samej przełęczy stało schronisko - Chata Čergov. Był to spory trzykondygnacyjny budynek.

Od razu zajrzałem do środka i zorientowałem się w menu. Muszę przyznać, że byłem pozytywnie zaskoczony, za około 17 zł dostałem sporą nogę kurczaka, ziemniaki, surówkę i herbatę !

Nie przypominam sobie w polskim schronisku podobnego zestawu w takiej cenie. Fajne było też to, że nie pobrano ode mnie kasy za rozbicie namiotu i mogłem skorzystać z  prysznicu z ciepłą wodą.

Rano zjadłem śniadanie i o 7:30 ruszyłem ku Hradisku. Po drodze miałem kilka atrakcji -  olbrzymią ławę i stół, jeżyny oraz ambony. Niektóre z nich były naprawdę sporych rozmiarów. Posiadały dwie kondygnacje, na które wchodziło się po drabinach. Na wyższej z nich było tyle miejsca, że zmieścił by się tam na leżąco dorosły człowiek. Wszystko dopieszczono w najmniejszych szczegółach, podłoga zamykana na gwoździk, ławeczki oraz regulowane szybki w oknach. Generalnie nadawały się one świetnie na miejsce noclegowe.

Podbudowany tym odkryciem ruszyłem dalej. Po drodze napotkałem jedynie garstkę turystów, a w dwie godziny od wyruszenia na szlaku znów zrobiło pusto.  Za całe „towarzystwo" miałem masyw Hradovej Hory porośnięty bujnym lasem, który piętrzył się na zachodzie.

Pogodę miałem świetną, wczorajszy deszcz okazał się chwilowy, a nieco większe opady trafiły się jedynie w nocy. Przed zejściem do miejscowości Terňa odpocząłem jeszcze koło kapliczki. Obok niej było drzewo na, które można było wejść po drabinie i z ławeczki wspartej na jego potężnych  konarach podziwiać panoramę Pogórza Szariskiego.

Po dotarciu do wspomnianej wyżej wioski poszedłem czerwonym szlakiem wzdłuż strumienia o tej samej nazwie. Wiedziałem, że szlak w pewnym momencie ma odbić ku masywowi Straž.

Skręt był nie oznaczony i tylko dzięki wyczuciu dotarłem w miejsce gdzie znów się pojawiał, już na zboczu Stražy.  Z przełęczy Straže żółtym dostałem się w rejon kamieniołomu w Fitnicach. Tutaj zacząłem iść przez moment w złą stronę ale z opresji wybawił mnie kompas i rychło zawróciłem we właściwą stronę. Szybko minąłem kamieniołom, tabliczka z ostrzeżeniem o spadających kamieniach i zalegające wokół głazy skłoniły mnie do przyspieszenia kroku. Po złapaniu zielonego oceniłem sytuację i zadecydowałem, że obejrzę kapuszański zamek tylko z daleka. Tak też uczyniłem; widok był zaiste imponujący bo z warowni zostało całkiem sporo - może przy okazji zwiedzaniu Szarsza wstąpię na górę zamkową.

Na spokojnie zszedłem do Kapuszan i tym samym ostatecznie zostawiłem za sobą Góry Czechowskie. W Kapuszanach złapałem chwile oddechu, a potem wsiadłem do pociągu, który miał mnie zawieść do Pavlowiec. Przyjechał punktualnie i dzięki temu już około 17:00 byłem na miejscu. Po opuszczeniu z premedytacją nie poszedłem niebieskim szlakiem lecz skierowałem się ku grzbietowi. Wybór okazał się bardzo trafny gdyż poza oznakowaną trasą znalazłem opuszczony cmentarz żydowski i krzaki olbrzymich jeżyn. Potem wspiąłem się na grzbiet biegnący równolegle do drogi idącej środkiem Pavlovców. Tutaj natrafiłem na stary wagon cyrkowy, wyglądał niesamowicie na tle rozpościerających się przede mną gór Tokajsko - Slańskich. Nie mogłem oprzeć się pokusie zrobienia sesji zdjęciowej tego zielonego cuda.

Po około godzinie zszedłem do Pavlovców gdzie zrobiłem sobie przerwę w barze i uzupełniłem zapasy. Dalej pomaszerowałem na nocleg do chatki przy Zlatej Studni.

Po drodze minąłem słupek z podanymi odległościami do różnych polskich i słowackich miast oraz ambony i drzewa z siedziskami, na które wchodziło się po drabinie. Powoli zbliżał się zmierzch więc nieco przyspieszyłem kroku by dotrzeć do celu jeszcze za dnia, co mi się zresztą udało. Muszę przyznać, że początkowo planowałem nocleg nieco dalej koło chatki za Oblikom ale dokonałem dobrego wyboru. Zlata Studnia, dokąd doprowadził mnie niebieski szlak, była najfajniejszym miejscem w jakim spałem w lesie podczas mojego wyjazdu.

Oprócz solidnej chatki, niestety zamkniętej, znajdowały się tam kamienny krąg do palenia ogniska, stół i ławy. Oprócz tego było jeszcze kilka wysokich stoliczków z kamienia i drewna.

W pobliżu leżały zaostrzone kijki do nadziewania kiełbasek oraz metalowe widełki.

Nie brakowało także narąbanego drewna. W dole znajdowało się jeziorko i źródło oraz fantazyjne ławy z drewna i kamieni, a także palenisko.

Rozstawienie namiotu, porąbanie drewna, rozpalenia ognia i przygotowanie jedzenia poszło mi sprawnie i około 21:30 byłem już w śpiworze. Zasnąłem przy akompaniamencie latających po dachu wiewiórek i kręcących się po chaszczach dzików, które żerowały w pobliżu ale nie zdecydowały się zapukać do mojego namiotu. Noc upłynęła spokojnie.

Rano ogarnąłem się z jedzeniem i pakowaniem, a zaraz potem umyłem się w jeziorku i  ruszyłem w drogę. Początkowo szedłem zielonym szlakiem wiodącym po aswaltówce. Potem miałem iść żółtym. Gdyby nie zasięgnięcie języka u Słowaków pracujących w lesie i uważna lektura mapy pewnie nie udało by mi się trafić do chaty za Oblikom. Asfalt skończył się i do wspomnianego punktu doszedłem leśną drogą. Chatka była zwarta a koło paleniska było sporo śmieci ... Dobrze, że wczorajszy nocleg wypadł mi wcześniej - Zlata Studnia była zdecydowanie fajniejszym miejscem. Odpocząwszy na ławie stojącej obok budynku i orzeźwiwszy się w pobliskim źródle skierowałem się niebieskim na Hermanovsky Hrebeň. Po drodze na polance minąłem olbrzymią wieże obserwacyjną, która była by w stanie pomieścić co najmniej 8 osób. Niezbyt stromym podejściem przedostałem się w rejon Šimonki najwyższego szczytu na tym obszarze (1092 m.n.p.m.). Stąd czerwone oznakowanie miało mnie doprowadzić do mojego miejsca noclegowego. W rejonie Šimonki spotkałem pierwszych od Kapuszan „turystów", byli to dwaj chłopcy w wieku około 10 lat idący, którzy zdaje się zrobili sobie wycieczkę na lekko na Šimonke. Po drodze kilkakrotnie natykałem się na miejsca przeznaczone na rozpalanie ognia i odpoczynek - co ciekawe zawsze znajdowały się obok nich naostrzone kijki.

Krajobraz w rejonie między Za Dubnikom a Ordankami był dosyć urozmaicony. Miałem zarówno podejścia jak i zejścia ale przede wszystkim zaczęły pojawiać się kamienie, a nawet skałki. W rejonie Ordanków wyszedłem na jakiś czas z lasu i na horyzoncie mogłem dostrzec Pogórze Ondawskie, a nawet Wyhorlat.

W godzinę później wszedłem na Menši Vrch, niestety szczyt niezbyt nadawał się do rozbicia namiotu więc zszedłem kawałek niżej. Wiedziałem, że w pobliżu jest wyznaczone miejsce na ognisko ale póki co nie było go widać. W pewnym momencie dostrzegłem na drzewie, nie po raz pierwszy i ostatni na tym wyjeździe, dziwne szlaki - czerwony trójkąt oraz niebieskie półkole, oba z białą obwódką. Dotychczas pomijałem je gdyż nie znałem ich znaczenia. Tym razem zaintrygowała mnie tabliczka z napisem aqua/voda 100 m. Zaryzykowałem i po chwili ujrzałem kamienny krąg z kijkami do wiadomego celu usytuowany obok skalnej wychodni. Kawałek dalej, w dole, znalazłem źródło. W ten sposób zagadka została rozwiązana, trójkąty to miejsca na ognisko a półkola to źródła. Miejsce było bardzo dobre, wokół było mnóstwo drewna, a co więcej pod samym nosem miałem mnóstwo kory brzozowe, idealnego materiału do rozpałki.

Wieczorem wszystko poszło sprawnie  i jeszcze przed 22:00 byłem pod namiotem. Rzeba powiedzieć, że było to najdziksze miejsce w jakim przyszło mi nocować w trakcie mojej eskapady. W związku z tym cały czas miałem w zasięgu ręki siekierę i nóż oraz zostawiłem niewielki płomień. Normalny zwierz boi się człowieka i nie zaatakuje sam z siebie. Nie wiem czy moja broń na wiele by się zdała w starciu z dzikiem ale przynajmniej miałem psychiczny komfort. Czułem się jak człowiek pierwotny, który w walce z dzikimi zwierzętami był zdany tylko na własne siły, broń i ogień. Zmysły wyostrzyły mi się prawie tak jak u naszych pra pra przodków, dzięki czemu nocą wyraźnie słyszałem szelesty w chaszczach, kwiki dzików i dźwięki wydawane przez różne inne zwierzaki. I tym razem do namiotu nie zapukał żaden nieproszony gość i noc minęła bez sensacji.

Rano po śniadaniu i zwinięciu się uzupełniłem wodę w źródle i skierowałem się na przełęcz Dragowską (Dragovsky Priesmyk). O ósmej stanąłem na Makovicy gdzie stała potężna wieża, być może przekaźnikowa, i kilka mniejszych konstrukcji o charakterze nadajników. Cały czas podjadałem i zbierałem na zapas jeżyny. Zatrzymałem się na chwilę tuż przed Zajčim Kamenem; oprócz kamiennego kręgu był tu też punk widokowy z krzesełkiem. Mogłem stąd podziwiać Kotlinę Koszycką oraz Rudawy Słowackie. Błyskawicznie przeszedłem trasę Vyžnik - Jerlianske Sedlo - Mošnik i przekroczywszy drogę 576 zacząłem podchodzi na Lazy. Na tym odcinku znów pojawiło się sporo kamieni i skałek  oraz niesamowicie obrodziły jeżyny. Na Lazach zrobiłem sobie dłuższy postój. Tutaj dokonałem niezmiernie interesującego i krzepiącego odkrycia. Otóż słowackie oznakowania charakteryzują się tym, iż w miejscach „węzłowych" stawia się żółtą rurę zwieńczoną czerwonym kapelusikiem, do której przytwierdza się tabliczki ze szlakami. Tym razem znajdowały się tam termometr i tajemnicza metalowa skrzynka. Trawiony ciekawością otworzyłem ją. Ku mojemu zaskoczeniu w środku znajdował się kalendarz i gruby zeszyt w twardej oprawie zawinięte w solidną torbę foliową. Zawierał on wpisy turystów, którzy przechodzili przez Lazy. Pierwszy wpis był z roku 2009, a ostatni z wczoraj. Oczywiście nie omieszkałem skorzystać z okazji i wpisałem się do tej księgi.

Potem już bez przystanku doszedłem na przełęcz Dragowską gdzie pobyczyłem się przez ponad godzinę. Zjadłem obiad, opiłem się jak bąk pepsi, a na koniec strzeliłem sobie loda. Po sjescie przystąpiłem do zwiedzania przełęczy na lekko. Stał na niej niszczyciel czołgów IS-2, czołg T-34 oraz pomnik wdzięczności wyzwolicielom prezentujący czerwonoarmistę i parę Słowaków.

W pobliżu znajdował się mapka wraz z obszernym opisem pola bitwy jaka rozegrała się tu zimą 1944/45. W tęgie mrozy wojska radzieckie przełamywały obronę wojsk niemieckich i węgierskich broniących się na linii gór Tokajsko - Slańskich. Jak to często bywało radziecki plan operacyjny zakładał przełamanie linii  frontu w ciągu kilku dni, a skończyło się na około miesięcznych walkach i dużych stratach. Starcie zakończyło się wycofaniem wojsk Osi na zachód. Jej skutkiem było między innymi wyzwolenie Preszowa i Koszyc. Był to początek końca III Rzeszy, która ponosiła w tym samym czasie klęski także nad środkową Wisłą.

Na przełęczy miałem także okazję poczuć pierwszy „powiew południa" - węgierskie arbuzy wystawione na sprzedaż przy barku, w którym miałem przyjemność konsumować lody i konwersować z zagadującymi mnie Słowakami.

Po rozpoznaniu dalszego przebiegu szlaku podreptałem do chaty Polana. Po drodze spotkałem trochę turystów, w tym grupę chłopaków prowadzonych przez przedstawiciela Klubu Górskiego z Preszowa. Akurat dziś rano założyłem koszulkę z logiem SKG, wypiąłem więc dumnie klatę i powiedziałem, że jestem członkiem tej organizacji. Trochę pogadaliśmy, okazało się iż ekipa z Przeszowa wybrała się na czterodniowa wyprawę w Góry Tokajsko - Slańskie i zmierzała już ku końcowemu etapowi wyprawy. Jakieś pół godziny później dotarłem do chatki (oczywiście zamkniętej) i tu zatrzymałem się na nocleg. Miałem tu wszystko czego było mi trzeba, wodę palenisko i drewno.

Po konsumpcji poszedłem wcześniej spać i dzięki temu rano szybciej wystartowałem ku zamkowi Slanec. Czerwonym szlakiem przez Maliniak dotarłem do Čerpnika gdzie chwilę odpocząłem i obejrzałem mikre pozostałości po Loveckim zamku - małe fragmenty murów. Stąd zacząłem schodzić lasem ku linii kolejowej, którą miałem przekroczyć za dwie godziny. Jeszcze przed Regetą natknąłem się na kolejną chatkę (Chata Rakata) i olbrzymie jeżyny. Początkowo nie mogło mi się pomieścić w głowie, że rośliny te mogą przybrać formę karłowatych drzewek i osiągnąć ponad dwa metry wysokości. Z niedowierzaniem spróbowałem rosnących na nich owoców, które były dwa razy takie jak w Polsce. Dopiero po tej degustacji uwierzyłem, że naprawdę mam do czynienia z jeżynami.  Po popasie i uzupełnieniu zapasu tych pyszności szybko dotarłem do linii kolejowej, którą udało mi się sprawnie przekroczyć i to mimo braku kładki czy wyznaczonego przejścia. W lesie, już za torami, natknąłem się na stadko sarenek, które spłoszone moją obecnością, migiem umknęły w gęstwinę. Ani się obejrzałem jak trafiłem do podnóża góry zamkowej, które było zamieszkane przez wszędobylskich Cyganów. Z marszu wdrapałem się na zamek. Był w trakcie renowacji ale pracujący robotnicy pozwolili mi na obchód warowni; rzecz jasna w bezpiecznej odległości. Była ona w nieco gorszym stanie niż ta w Kapuszanach ale i tak wyglądała interesująco. Chciałbym jeszcze kiedyś wpaść do Slanca żeby zobaczyć zamek po rewitalizacji ...

Dalsza część dnia upłynęła mi pod znakiem wyżerki w Slancu i pewnego nieprawdopodobnego wręcz wypadku. Gdy opuściłem miasteczko pomaszerowałem na południe krótszą drogą przez Novy Salaš. Gdy tak sobie dziarsko kroczyłem wyprzedzający mnie właśnie samochód zatrzymał się. Myślałem, że kierowca chce mnie spytać o drogę czy coś w tym rodzaju, a tu niespodzianka. Gość sam z siebie zaproponował, że mnie podwiezie. Nie wypadało odmówić. W aucie rozmawialiśmy o mojej trasie i o zamkach na Słowacji - mój interlokutor stwierdził między innymi, że Czesi i Węgrzy zdecydowanie lepiej dbają o zamki. Pytał gdzie nocuje, wskazałem mu rozdroże szlaków na Wielkiej Markowej. Ku mojemu zaskoczeniu zostałem podwieziony bardzo blisko tego miejsca i obdarowany półtoralitrową butelką kofolii. Jeszcze kwadrans po pożegnaniu się z moim kierowcą nie mogłem otrząsnąć się z pozytywnego szoku. Potem przedostałem się do mojego miejsca noclegowego ale na miejscu okazało się że niema tam żadnej infrastruktury. W tej sytuacji zrewidowałem moje plany i zatrzymałem się nieco dalej pod Chatą Karolka. Był to spory budynek, obok którego umieszczono dwa paleniska - jedno duże i drugie małe oraz jakaś zabudowania gospodarcze. Jako, że obiad miałem już za sobą wieczorem po narąbaniu drewna na poranne ognisko od razu poszedłem spać. Pod wieczór opodal mojego namiotu kręcił się lis, który szukał odpadków w paleniskach. Niezbyt przejmował się moją obecnością ale nie przejawiał agresywnych zamiarów, po prostu rzucił mi kilka spojrzeń i uszedł w las.

 

W gościnie u Madziarów

Po dobrze przespanej nocy zabrałem się do rozpalania ogniska, szło mi to wyjatkowo ciężko z powodu wiatru ale w końcu dopiłem swego; ugotowałem posiłek i zawinąłem się.

W drodze do przebiegającej w pobliżu granicy słowacko - węgierskiej uzupełniłem wodę w pobliskim źródle. To właśnie od tego rejonu zaczęły one występować w pomalowanych na różne kolory altankach przykrytych ostrosłupowym dachem, kryjących w sobie coś w rodzaju studni.

Chwilę później stanąłem na Małej Markowej, stąd kierując się kompasem dobiłem do niebieskiego szlaku po węgierskiej stronie. Szedłem nim dopóki nie zniknął, aż w końcu gdzieś po półtorej godzinie trafiłem na czerwony w rejonie drogi Hollohaza - Fűzer i to właśnie nim dostałem się do zamku w drugiej z wymienionych miejscowości. Do fortalicji tej, wbrew pierwotnemu planowi, podchodziłem od południa w związku z tym trafił mi się bonus w postaci wspaniałego widoku warowni usytuowanej na skalnym ostańcu górującej nad miasteczkiem.

Jego widok w zestawieniu z morzem zieleni i czerwonymi dachami wioski sprawił, że poczułem się jak bym wsiadł do wehikułu czasu i cofnął się o jakieś pół tysiąca lat. W miasteczku obejrzałem sobie kościółek oraz kurną chatę pokrytą strzechą. Oba obiekty miały świeżo bielone ściany z pięknymi zdobieniami. Dodatkowo świątynie wieńczył typowa dla wszystkich ziem Węgier (byłych i obecnych) dach w kształcie wysmukłego ostrosłupa.

Na zamek wdrapałem się z marszu, wejście kosztowało 500 forintów, to jest około 8 zł i było warte swej ceny. Choć budowla został tylko częściowo zrewitlizowna robiła spore wrażenie. Miałem wielką radochnę, że mogę sobie pomyszkować po wszystkich kątkach, podziwiać przepiękną panoramę z wieży i ... skorzystać z kranu z wodą.

Po zwiedzaniu, szlakiem oznaczonym za pomocą niebieskiego krzyża na białym tle, doszedłem do Pusztafalu i Fűzerjakaty, gdzie spotkałem pana Istvana, który podpytywał mnie skąd idę. Dał mi wskazówki. Jak dojść Palhazy. Jak dowiedział się, że jestem Polakiem to dał wielką grabę i nawet na nakrycie głowy chciał się zamienić ale ja nie oddałem swojego ukochanego kapelusza i grzecznie się z nim pożegnałem.

Nie zaryzykowałem dalszej drogi wspomnianym szlakiem gdyż koło Pusztafalu spłatał mi on niezłego figla i udało mi się go znaleźć dopiero po półgodzinnym buszowaniu w chaszczach. W tej sytuacji zdecydowałem się pójść drogą. Był to bardzo dobry wybór - miałem piękna panoramę gór, zaliczyłem jeżynowe krzaczki no i zaoszczędziłem sporo czasu. Do Fűzerradvan, mojego miejsca noclegowego, dotarłem przez Palhazę już pod wieczór. Miałem zamiar nocować na tamtejszym polu kempingowym ale okazało się, że jest ono remontowane. Miejscowi doradzili mi rozbić namiot w ogródku tamtejszego kościoła. Gdy zbliżyłem się do jego bramy natknąłem się na pewną sympatyczna panią. Było przy tym sporo śmiechu ale udało mi się z nią jakoś dogadać. Ku mojemu zaskoczeniu zostałem zaproszony do domu, w którym mieszkała wraz z mężem. Mieścił się on dwa kroki od kościoła oraz blisko pałacyku, który miałem jutro zwiedzić. Moi gospodarze pojęli mnie zupą, potrawką z grzybów i całą gamą napitków.

W rewanżu pokazałem im jaką trasę przeszedłem, powiedziałem że jestem z SKG i jakie wyjazdy z tą organizacją odbyłem. Mimo, że nie rozumieliśmy się kompletnie - węgierski brzmiał dla mnie jak język z innej planety - pantomima i przyjaźń polsko węgierska załatwiły sprawę. Wieczorem wykąpałem się i  poszedłem spać do łóżka :-)

Rano zostałem podjęty śniadaniem złożonym z jajek na twardo, chleba z masłem, salami, pomidorów i papryki jakich nigdy wcześniej nie widziałem oraz tajemniczego napoju, który dostałem również do termosu. Przypominał nieco smak herbaty z dużą ilością cytryny ale podejrzewam, że był to jakiś napój z pigwy. Po konsumpcji na lekko zwiedziłem pałac. Był to olbrzymi obiekt w biało żółtej kolorystyce mieszczący się w środku sporego parku. W pobliżu stały zabudowania gospodarcze imponującej ilości i wielkości. Pałac był w bardzo dobrym stanie, i tak pięknie prezentował się na tle niebieskiego nieba i parkowej zieleni, że aż nie chciało się wychodzić z parku. W drodze powrotnej rzuciłem okiem na pobliskie piwniczki i powałęsałem się trochę po wiosce. Po powrocie od moich dobrodziei dostałem na drogę salami, papryki i bułki z budyniowym nadzieniem. Wytłumaczyłem im na migi, że teraz będę schodził do Palhazy, gdzie wsiadam w wąskotorówkę do stacji Rostallo i zbierałem się już do wyjścia gdy nieoczekiwanie zaproponowali mi podwózkę, z której nie ośmieliłem się nie skorzystać. Pożegnałem się z gospodynią, a po przyjeździe do Palhazy, również z gospodarzem.

Tutaj miałem kilka godzin odpoczynku, które wykorzystałem na konsumpcję i byczenie się.

Wąskotorówka przyjechała punktualnie i po kwadransie mała terkocząca lokomotywa pociągnęła za sobą zapełnione prawie do ostatniego miejsca wycieczkowe wagony w kierunku stacji Rostallo. Szczerze powiedziawszy Palhaza była oprócz Sarospatak jedynym miejscem w węgierskiej części mojej trasy gdzie spotkałem naprawdę dużo turystów. Jednakże gdy tylko wysiadłem w Rostallo i skierowałem się do Ujhuty turyści „rozpłynęli" się. Trasa wiodąca do tej wioski była tak łagodna, że pozwoliłem sobie przejść ją w sandałach. Dzień zakończyłem przechodząc z Ujhuty do Komloszki zielonym szlakiem. Rzutem na taśmę wdrapałem się jeszcze na Pusztavar, gdzie znajdowały się interesujące skałki i resztki zamku. Na noc rozbiłem się w, przystrojonym drewnianymi rzeźbami, Parku Rusińskim usytuowanym na obrzeżach Komloszki usytuowanym opodal Domu Kultury Rusińskiej. Obok znajdował się też teatr Rusiński. Dzień zakończyłem skonsumowaniem kolacji złożonej z darów od mych gospodarzy.

Rano zwiedziłem Komloszkę, bardzo podobały mi się piwniczki, starożytne sprzęty do uprawy roli wiszące na ścianach i krajobraz jaki tworzyły zielone wzgórza, domy przykryte dachami z czerwonej dachówki i biel bijąca od kościoła. Była to o tyle ciekawa miejscowość, że mieszakli tam (już nieliczni) Słowacy i Rusini, którzy w większości z biegiem czasu zasymilizowali się z Węgrami. Podobny był los Niemców z położonej opodal wsi Hercegkut. W obu wypadkach w języku przodków potrafią się porozumieć właściwie tylko starsi ludzie.

W Komloszce nie zabawiłem zbyt długo gdyż zależało mi by mieć jak najwięcej czasu na zwiedzanie Sarospatak. Chodzenie po węgrskich szlakach zakończyłem mocnym akordem.

Zgodnie z planem poszedłem najpierw zielonym a następnie czerwonym szlakiem, który w pewnym momencie urwał się. Musiałem posłużyć się kompasem i mapą by pdążyć w jakimś sensownym kierunku. Udało mi się dojść przez sady śliw i grusz oraz olbrzymie pola winorośli do drogi nr. 39  a następnie Sarospatak. Tutaj zjadłem śniadanie i załatwiłem sobie bilet na wieczorny pociąg do Budapesztu.

Za pomocą pantomimy udało mi się też dogadać z gościem siedzącym w budynku dworca w sprawie zostawienia plecaka. Po załatwieniu tych wszystkich spraw przystąpiłem do zwiedzania miasta. Najpierw obszedłem obszerne mury zamku Rakoczego, a następnie jego pałac mieszczący muzeum. Ekspozycja była wielce interesująca, można było wiele dowiedzieć się o historii Węgier i rodzie Rakoczych. Potem zwiedziłem Kolegium Reformatorskie i pokręciłem się po miasteczku. Na koniec posiliłem się w restauracji zamkowej i zakupiłem tokaj z piwnic księcia Rakoczego. Ukontentowany ruszyłem ku dworcowi gdzie o godzinie 18:00 wsiadłem w pociąg. Tu spotkałem Arpada, dzięki temu że obaj znaliśmy angielski mogliśmy odbyć dłuższą rozmowę. Dowiedziałem się z niej, że Arpad piętnaście lat temu był na wymianie studenckiej w Polsce, a konkretnie w Gdańsku. Pamiętał jeszcze kilka kluczowych zwrotów w rodzaju: Polak, Węgier dwa bratanki i do szabli i do szklanki czy dwa piwa proszę! Usłyszałem też wiele ciekawych rzeczy o Węgrach i Węgrzech w dzisiejszej i dawniejszej dobie. I tak okazało się, że mimo niewielkich rozmiarów kraju język węgierski posiada kilka dialektów,A a węgierska kolej jest w gorszym stanie niż nasza. Usłyszałem także zachęcające opowieści o górach Matra i Bukowych - na pewno jeszcze się tam wybiorę !

Z Budapesztu dotarłem bezpośrednim pociągiem do Warszawy w niedzielę popołudniu pełen wrażeń, bolejący że moja wyprawa skończyła się tak szybko.

...

Wróciłem opalony i zadowolony, że udało mi się zrealizować prawie całość zamierzonej trasy.

Choć bywały momenty trudne, jak znikanie szlaków czy „wycie" stóp zdecydowanie warto było podjąć trud przejścia tych około 180 kilometrów by napawać się tymi wspaniałymi widokami, oglądać wspaniałe zabytki i spotkać niezwykłych ludzi. Mówiąc krótko był to jeden z najfajniejszych wyjazdów w jakich miałem przyjemność uczestniczyć.