Dlaczego Małe Karpaty

DSCF6602Pewnego wrześniowego dnia zdałem sobie sprawę, że mam do wykorzystania ostatni urlop przed zakończeniem mojej współpracy z dotychczasowym pracodawcą. Nie wyobrażałem go sobie inaczej niż w górach toteż sięgnąłem po atlas geograficzny. Studiując stronice ”Europa Środkowo - Wschodnia” mój wzrok przykuło pasmo o nazwie Małe Karpaty opodal Bratysławy. Już kiedyś czytałem coś nie coś na ten temat ale …

Poraziła mnie liczba zamków (oczywiście w różnym stanie) w tym rejonie. Miłe było i to, że u jego podnóża uprawiana była, jest i będzie winorośl. Dużą rolę odegrała też kwestia komunikacyjno – finansowa. Wszak z Polskiego Busa mogłem od razu ruszać w trasę !

I jeszcze jedno – tutaj, tj. w górach zachodniej Słowacji, mnie jeszcze nie było !

Ale do rzeczy …

Dzień pierwszy 16 X

Moja przygoda z Małymi Karpatami zaczęła się bardzo pozytywnie otóż autokar dotarł do Bratysławy o godzinę wcześniej. Mogłem więc po odbyciu konsumpcji o godzinie 5:00 ruszyć na miasto. Nawigowanie przez stolicę Słowacji poszło mi sprawnie dzięki mapkom wydrukowanym z Google Maps. Schody zaczęły się po wejściu na Kamzik, pierwszy szczyt na mojej trasie. Dotarłem tu jeszcze nocą około 7:00. W porannej szarówce umknął mi skręt w prawo. Niemniej po chwili coś zaczęło mi się nie zgadzać i dlatego zawróciłem te kilkaset metrów w górę. Odpocząłem chwilę, przeanalizowałem mapę, posiliłem się i prawie zaraz po tej przerwie odkryłem miejsce, w którym czerwony szlak znienacka odbijał w bok. Poruszając się wciąż asfaltową drogą mijałem rozliczne miejsca na ognisko. Ludzi spotykałem niewielu. Pogodę miałem niezłą, lekki deszczyk padał jedynie między 5 a 7 rano. Dzień był szary lecz z godziny na godzinę sytuacja polepszała się. Dobijając do rozejścia z niebieskim szlakiem przy Hornym Červenym Križu skorygowałem minimalnie trasę wybierając dalszy skręt ze szlakiem zielonym. Powoli zacząłem opuszczać rozlegle lasy miejskie Bratysławy ciągnące się aż do rejonu Koliby. (Jak by to było fajnie mieć u wrót naszej stolicy Karpaty; ech Zygmuś coś ty najlepszego zrobił …)

Po przejściu kładki wspomnianym szlakiem dotarłem na Drači Hradok. W miejscu tym na przebijającym się spod ziemi skalnym ostańcu odnalazłem resztki średniowiecznego zameczku. Na trasie wiodącej do „ogryzka” warowni mogłem nacieszyć oczy pastelowymi barwami jesieni obejmującej w swe władanie sąsiednie wzniesienia wokół Borinki. Drepcząc wśród złotego deszczu opadającego listowia kolejno żółtym i czerwonym oznakowaniem dotarłem do Koziego Chrbatu. Dalej od rejonu Pod Kozliskami aż do ranka dnia kolejnego natykałem się na tabliczki informujące o bliskości poligonu.

Od około 14 miałem przez godzinę deszczyk ale po zejściu z na wpół nagiego szczytu Somar opady ustały, a co więcej teren dawał osłonę przed wzmagającym się wiatrem. Na rozejściu szlaków przy „Trzech Kamiennych Kopcach” poszedłem niewłaściwą drogą ale po krótkim czasie ogarnąłem sytuację i powróciłem na trasę do Šenkarki gdzie stanąłem o 16:00.

W miejscu mojego pierwszego noclegu stała altana, pod którą rozbiłem namiot. Tuż obok znajdowało się miejsce ogniskowe – kamienny krąg z przygotowanymi kijkami do pieczenia kiełbasek. W pobliżu miałem zabitą dechami leśniczówkę i niefunkcjonujące źródło wody. Spiąłem się i po rozstawieniu namiotu jeszcze przed zmrokiem rozpaliłem ognisko i spożyłem obiad. Rozpalenie ognia początkowo szło dość opornie. Wilgoć i wiatr robiły swoje, jednakowoż moja kora brzozowa i świeczka poskutkował i mogłem nacieszyć się puree z kiełbasą i warzywami. Nauczony praktyką na noc do śpiwora włożyłem wkładki do butów i skarpetki.

Dzień drugi 17 X

Następnego dnia po śniadaniu wystartowałem o 7:30. Do godziny 13:00 całkowicie rozwiały się mgły, a wiatr spuścił z tonu. W tym czasie zdążyłem przejść trasę Šenkarka – Konske hlavy – Pezinska Baba.

W tym ostatnim miejscu spotkałem pierwszych turystów na mojej trasie – dwie pary Słowaków 40 +. Pogadaliśmy chwilę, byli zaskoczeni, że łażę sam z garbem na plecach i śpię w namiocie :-)

Na tym odcinku trzykrotnie drogę przecinały mi stadka spłoszonych sarenek. Warunki atmosferyczne były lepsze niż wczoraj, w ogóle nie padało. Wyszło słońce i mogłem podziwiać widoki ze szczytu Skalanki. Dalej na Čeremaku zastałem miejsce na ognisko z kratką do smażenia plus trzy grupy ław z huśtawkami zawieszonymi na konarach drzew. W pobliżu był też skromny XIX - wieczny nagrobek.

Po przerwie przemaszerowałem przez zarośnięty rejon Hubalovej i z ostrożnie schodząc po stromym naszpikowanym kamieniami zboczu skierowałem się na Vapenną. Tutaj około 14 – 15 pojawiła się mgła. W drodze na szczyt spotkałem identyczny jak poprzednio zestaw turystów. Reakcja ta sama, także pozytywna – dostałem nawet butelkę wody mineralnej ! Po 15 osiągnąłem szczyt, niestety nie mogłem skorzystać z wież widokowej gdyż widoczność nie przekraczała kilkunastu metrów. Zejście z Vapennej było niebezpieczne – śliskie skałki i korzenie. Bardzo przydały się kijki i tryb spowolniony Grześ.

Po pokonaniu tych trudności pojawiła się kolejna. U podnóża grzbietu Vapennnej nie mogłem namierzyć czerwonego szlaku. Widoczność była tu lepsza niż na szczycie ale szaleństwa nie było. Na szczęście kurs zrobił swoje i nie spanikowałem, dorwałem poszukiwanego i trafiłem tam gdzie chciałem, tj. na Mesačną Lukę gdzie uzupełniłem zapasy wody - z 5 litrami mogłem szaleć do woli. Z cięższym plecakiem ale w weselszym humorze pogoniłem ku mojemu celowi na dziś - Amonovej Luke.

Gdy tam dotarłem, spotkałem myśliwego ? leśnika ?, który stwierdził, że tu nie wolno biwakować i jest niebezpiecznie. Polecił mi zamkniętą leśniczówką Mon Repos. Zadecydowałem, że nie będę szedł szlakiem przez las lecz przedostanę się tam szybszą asfaltową drogą łączącą się ze szlakiem tuż obok wskazanego miejsca. Do Mon Repos trafiłem o 18:30 w kompletnych ciemnościach – bardzo przydała się zakupiona tuż przed wyjazdem nowa czołówka.

Leśniczówka okazała się dużym, murowanym budynkiem, obok którego stał drewniany składzik.

Do głównej części dolegała zadaszona „jadalnia” z ławami i porąbanym drwem i kamiennym piecem. Leśniczówka była jak to określił mój rozmówca „zatvorena”, ale piec i ławy były do mojej dyspozycji.

Po półtorej godzinie relaksowałem się spożywając ciepły posiłek, popijając herbatę i analizując trasę na jutro. Zadecydowałem, że prześpię się na ławie pod dachem i jak się okazało, była to bardzo dobra decyzja. Około 4:30 ktoś od Św. Piotra odkręcił prysznic i intensywnie padało przez 1,5 godziny.