Drukuj

Rozpocznij oglądanie zdjęć Wyjazd w Ałtaj marzył mi się od dawna. Wszystko zaczęło się pewnego pięknego dnia, kiedy znalazłam się na pokazie slajdów z Ałtaju organizowanym przez SKG. Wtedy to stało się jasne, że aby uznać moje życie za spełnione, muszę tam pojechać. I udało się. Po pięciu latach, ale jednak.
Nic nie zapowiadało wielkich przygód, dramatów, emocji. Plan zakładał dwutygodniowy trekking w grzbiecie Siewieroczujskim i trzeci tydzień w paśmie Kurajskim. Trasa została ustalona, relacje innych grup, które tam już były, nie zapowiadały niespodzianek. Okazało się jednak, że miało być inaczej...

Podróż

Trzydniowej podróży koleją transsyberyjską towarzyszyły zmienne nastroje. Pierwszego dnia największą radość sprawiały nam postoje i babuszki na peronach, od których na potęgę kupowaliśmy pierożki, ryby i lody, wtedy jeszcze z głodu. Kolejnego dnia kupowaliśmy już bardziej z nudów niż z głodu, parę osób próbowało zabić czas czytaniem rosyjskich kryminałów. Cóż, w końcu warto zapoznać z kulturą odwiedzanego kraju... Trzeci dzień, kiedy nuda była już nie do zniesienia, pozostało nam przespać, tym bardziej, że po dwóch poprzednich dniach limit rubelków wydanych na babuszki się skończył. Największe emocje wywoływał jednak wieczorny spacer korytarzem wagonu. Ponieważ wszyscy spoczywali już na swoich, za krótkich zazwyczaj, leżankach, trzeba było manewrować tak, by nie ocierać się za często o czyjeś spocone pięty.

Wreszcie dotarliśmy do Bijska. Stamtąd pojechaliśmy busem do wsi Biełyj Bom. Nie obyło się oczywiście bez awantury, bo nasi przewoźnicy chcieli jakimś cudem "przejechać" ponad 600 km, a nie 450, ile wskazywała mapa. Ruszyliśmy więc z dwugodzinnym poślizgiem, w czasie którego nauczyliśmy bijskich chłopaków liczyć kilometry nitką z mapy. Czujski Trakt, czyli jedyna droga łącząca Rosję z Mongolią, zrobiła na wszystkich wrażenie - asfalt na całej długości. Pod koniec trochę emocji, bo droga była kręta, wijąca się nad przepaścią bez żadnych zabezpieczeń, ale cóż - w świetle późniejszych wydarzeń był to pikuś.

Do przełęczy Obyl - ojuk

A więc wreszcie góry. Pierwszy nocleg - niespodzianka, zamiast wielkiego jeziora (które według mapy powinno się tam znajdować) widzimy wielką polanę. Po zasilającej jezioro rzece zostało tylko puste koryto... Wszystko wyschło - czyli nici z mycia, co gorsza nici z jedzenia. Fajnie... Decydujemy się skonsumować kiełbasy Jasia - te na czarną godzinę. Woda znajduje się w końcu przypadkowo w trakcie poszukiwań drewna, ale i tak trzy bezcenne kiełbasy są już w żołądkach.

Kolejny dzień to droga lasem, podczas której towarzyszy nam obawa przed strasznymi kleszczami, których w Syberii podobno jest pełno i to zarażonych. Otrzepujemy się po każdym krzaczku, w końcu jednak mamy dosyć tej zabawy. Kiedy wreszcie docieramy na połoniny, czuję, jak właśnie spełnia się marzenie mego życia. Przed nami widok na wielkie skaliste szczyty, ośnieżone granie i lodowce na horyzoncie. Z chwilowego odrętwienia budzi mnie dopiero myśl, że tam właśnie zmierzamy. Wygląda na to, że droga nam zajmie ze dwa miesiące... Wchodzimy na płaskowyż Esztykoł. Teresa idzie w sandałkach, bo obtarła sobie pięty do mięsa. Wtedy jeszcze nie wie, że w tym dość kiepskim obuwiu będzie iść kolejne pięć dni. Poza tym miła trawka widziana z daleka okazuje się być obrzydliwymi krzaczorami, które drapią nas strasznie po nogach. Co gorsza krzaczory sięgają powyżej kolan i nie widać im końca.

Dalej wędrujemy doliną rzeki Esztykoł, a potem wchodzimy w dolinę Szawły. Po raz kolejny umieram z zachwytu. Idziemy niesamowitą doliną meandrującej rzeki o szmaragdowym kolorze, a przed nami widok na lodowce i potężne granie grzbietu Siewieroczujskiego. Jest straszny upał. Ludwik za to już chory, bo poprzedniego wieczora wpadł na doskonały pomysł kąpieli w lodowatej Szawle. Maciek gdzieś z tyłu, goni nas, bo nie zdążył się na czas spakować. Docieramy nad bajkowe jezioro Szawlińskie, najpierw mijamy Dolne, po kilku godzinach dochodzimy nad Górne. Już po ciemku, szukając miejsca na nocleg, próbuję przejść przez potok po zwalonej kłodzie. Kończy się tak, jak wszyscy przypuszczali - kąpielą z całym ekwipunkiem w wodzie po pas. Prąd okazuje się tak silny, że jedynym rozwiązaniem jest przejście potoku bez butów i spodni przytrzymując się kłody.

Nad Jeziorem Szawlińskim

Nad jeziorem robimy dwudniowy biwak, gdzie pierzemy, opalamy się, ja suszę oczywiście ubrania, no a przede wszystkim otwieramy wreszcie naszą jedyną paczkę z racuchami w proszku. Gruszka bohatersko stoi nad ogniskiem przez pół dnia i na pokrywce od garnka przyrządza ponad 80 wyśmienitych racuchów z rodzynkami. W międzyczasie ja z Tomkiem wybieramy się na kilkugodzinny rekonesans pod przełęcz Obyl-Ojuk, z której wracamy po 6 godzinach z ambiwalentnymi odczuciami. Tomek całkiem zadowolony, ja zaś przerażona i pełna obaw. Kto miał rację, okazało się nazajutrz.

Atak przełęczy Obyl-ojuk

Nie wiem jak, ale udało nam się wstać o świcie. Mi trochę łatwiej, bo prawie całą noc nie spałam, w głowie kołatały mi myśli o okropnym piargu i okropnych szczelinach w lodzie, które widziałam poprzedniego dnia. Poza tym huk schodzących niedaleko lawin jakoś mnie rozpraszał... O 900 rano, dochodzimy do lodowca, który okazuje się całkowicie zmarznięty. Tragedia. Co chwila któreś z nas się wywala, po powierzchni zaczynają jeździć garnki, butelki z wodą, aparat. Jest koszmarnie. Maciek w połowie drogi musi wracać po karimatę, którą zostawił przed lodem. Ja wywalam się prosto do małego potoczku, nie mogę wstać, bo nie mam na czym oprzeć stóp. Czuję, jak gołe plecy przymarzają do lodu, a z ręki cieknie krew, bo oczywiście walnęłam się o kamień. W końcu któryś z chłopców przychodzi po mój plecak i jakimś ślizgiem na czworaka docieram bezpiecznie do końca lodu. No wreszcie. Chyba najgorsze za nami. Ale zaczyna się ściana piargu. Planujemy iść równolegle, na całej rozciągłości stoku, tak by nie zabić osypującymi się kamieniami tych, co są pod nami. Wokół cisza, wydaje się, że w całych górach jesteśmy sami. Wtem u góry rumor, i nagle ku naszemu przerażeniu widzimy pędzące głazy. No ładnie - lawina? Stoimy osłupiali, jeden z głazów leci wprost na Jaśka. Chłopak jest zdezorientowany. Trzy metry przed Jaśkiem kamień rozbija się i odłamki lecą w inną stronę. Idziemy dalej. Znowu huk. Tym razem od razu słychać krzyk Tomka: "Lawina, lawina, chować się!!". Posłusznie kładziemy się wśród głazów chowając głowy pod plecaki. Modlimy się by to cholerstwo w nas nie uderzyło. Tomek przy okazji zjeżdża dziesięć metrów w dół po piargu... W końcu docieramy do żlebu. I tu kolejna niespodzianka. Żleb wypełniony zmarzniętym śniegiem, nie da się po nim iść, zostaje nam trawers po ścianie, prawie pionowej. Zaczynamy iść, okazuje się, że skała, której się łapiemy jest okropnie krucha, wszystko czego się chwytamy zostaje nam w rekach. Spod stóp usuwają się stopnie, trzeba się gimnastykować w czym nasze wielkie plecaki wcale nie pomagają. Boże, jak wszyscy dojdziemy na przełęcz to będzie cud. A w internecie pisali, że wchodziła tędy kobieta z kilkunastomiesięcznym dzieckiem. Rosjanka...

No ale cud się zdarza - docieramy wszyscy. Rzucamy się na czekolady, Jasio na papierosy, czujemy jak schodzi z nas adrenalina. Ale, ale... to jeszcze nie koniec. Po wejściu, następuje zejście. A wiadomo, kiedy więcej ludzi ginie... Ostatnie minuty na przełęczy uatrakcyjnia nam piękne zejście sporej lawiny w to miejsce piargu, gdzie jeszcze pół godziny temu szliśmy. Robi się coraz mniej wesoło, tym bardziej, że słychać również grzmoty piorunów, całkiem niedaleko. No to pora schodzić. Zejście znów żlebem. Teresie jako pierwszej idzie całkiem nieźle, ma solidne buty i robi dobre stopnie w śniegu. Ja buty mam gorsze, jak również szczęścia mniej, tak więc po chwili, zupełnie niechcący zjeżdżam dość prędko na gołym brzuchu w dół. Po dwudziestu metrach szybkiej jazdy stwierdzam, że najwyższa pora się zatrzymać, tym bardziej, że oczy i buzię mam wypchaną śniegiem, jakimś cudem się udaje. Jasio na pewno też się chciał zatrzymać gdy zaczął zjeżdżać, ale mu nie wyszło. Zleciał ok. 50 m w dół, w dodatku w stylu worka od kartofli, ruchem obrotowym. Zatrzymał się u podnóża i ...wstaje!!! Na pewno w szoku i nie czuje, że ma złamany kręgosłup. Ale nie, krzyczy do nas, że wszystko OK. Uff! Reszta schodzi w sposób tradycyjny. Tego dnia idziemy jeszcze ok. 8h. Ja w ostatnich minutach drogi skręcam kostkę. Gruchot taki, że myślę że złamana, mój płacz i przekleństwa towarzyszą wszystkim tego wieczora

Za przełęczą Obyl-ojuk

W Turbazie na polanie Kara-gem

Kostka mocno spuchnięta, ale musimy ruszać dalej. Mój plecak zostaje rozpakowany na innych, wyruszam wcześniej, by nie opóźniać grupy, ale doganiają mnie po godzinie marszu. To znaczy po mojej godzinie, a ich piętnastu minutach. Najwięcej radości sprawia przejście potoku. Nie ma brodu w najwęższym odcinku rzeki, więc idziemy na ukos. Odcinek około dwustu metrów pokonujemy półnago. Dokładnie dziesięć razy zanurzamy się w lodowatej wodzie po kolona lub po pas i wynurzamy na małych wysepkach. Wieczorem docieramy do polany Karagem. Stoi tam turbaza, którą prowadzi przemiły młodzieniec, Ałtajczyk o imieniu Aidar, i w której liczymy na zakup jakichś lokalnych smakołyków. Okazuje się, że mamy do wyboru sok, ocet, musztardę i marchewkę. Jedną marchewkę. Ale jest też mleko kondensowane. Kupujemy wszystkie puszki i gotujemy w ognisku, robi się z tego pyszne toffi. Aidar wieczorem smaży lepioszki - placki z mąki, grube i sycące spokojnie mogą zastąpić obiad. Poza tym częstuje nas sensacyjną wiadomością. W ubiegłym roku, przez kilka miesięcy, duży obszar Ałtaju objęty był silnym trzęsieniem ziemi - 8 w skali Richtera. Zniszczenia widać głównie we wsiach, ale i w górach sporo mogło się pozmieniać. Więcej kruszyzny, piargu... Przypuszczamy, że to dlatego przełęcz Obyl-ojuk sprawiła nam tyle problemów.

Dolina Tałdury

Ruszamy dalej - Aidar idzie przez pół dnia z nami. Po drodze spotykamy pasterzy, którzy tego wieczora pojawiają się jeszcze u nas na ognisku. Przywożą ze sobą worek ustrzelonych kuropatw, z których dwie oskubują z piór, nabijają na pal i pieką dla nas na ognisku. No a że odmówić nie wypada, mimo początkowego obrzydzenia jemy na wpół surowe ale smaczne mięso. Zawsze to jakaś odmiana. Ałtajcy dziwią się oczywiście, że nie mamy wódki. Na szczęście wzięli taką możliwość pod uwagę i po chwili wokół ogniska krążą butelczyny z alkoholem. Zaczynają się śpiewy - gardłowe pieśni pasterzy i nasze żołnierskie piosenki. Ałtajcy są zachwyceni Pieśnią Legionów, która musimy odśpiewać sześć razy pod rząd, a na koniec spisać dla nich tekst w tłumaczeniu rosyjskim. Cała impreza kończy się tym, że jeden z Ałtajców zasypia z nogą w naszym namiocie.

Ostatnie trzy dni planujemy iść doliną Tałdury do wsi Baltir. Na horyzoncie pojawia się jednak ciężarówka - gruzawik, którego przemiły kierowca odwiózł Rosjan w góry poprzedniego dnia, i który teraz proponuje nam podwózkę do wsi. Zgadzamy się ochoczo, nie podejrzewając nawet, jakich emocji dostarczy nam ta przejażdżka. Pierwsze, co nam się rzuca w oczy, to fakt, że pan pociąga z półtoralitrowej butelki piwo, poza tym wygląda na to, że nie jest to jego pierwsza butelka tego dnia. Poza tym teren, po którym jedziemy, przypomina rzeźbą trochę Tatry Zachodnie. Jedziemy więc po dużych stromiznach, nad przepaściami, po osypujących się zboczach. Czasem zdarza nam się leżeć na bocznych szybach i w dole dwieście metrów pod nami widzieć cienkie nitki wielkich w rzeczywistości potoków. Mostek złamany w pół i leżący częściowo w rzece praktycznie przelatujemy rozpędzeni. Po tym wydarzeniu ja już więcej nie wątpię w Opatrzność Bożą i mam wrażenie, że jesteśmy nieśmiertelni. Emocje rzeczywiście były ogromne, jednak nie przesłoniły nam oczu na tyle by nie dostrzec kolejnej niespodzianki. Po przeciwnym brzegu rzeki zobaczyliśmy nagle ...wielbłądy. Stado okazałych zwierząt przechadzało się wzdłuż wody, skubiąc kępki nielicznych trawek.

Baltir, Kosz-Agacz, Aktasz

W Baltirze bawimy dość krótko. Wpływa na to informacja od naszego kierowcy, że tubylcy to wiecznie pijani lub psychicznie chorzy weterani wojenni, którzy nie będą wahali się wbić nam noża między żebra.
W Kosz - Agaczu zatrzymujemy się również tylko na chwilę. Wielkie miasto, jakie sobie wyobrażałam, okazuje się zabitą dechami wioską z bazarem.

Aktasz podobnie, nie jest za wielki, ale przynajmniej jest dużo sklepów i bar Ajdyn, gdzie babuszka robi na naszej dwugodzinnej wyżerce interes roku. Poza tym jest "hotel", czyli obdrapany i brudny kloc, w którym zatrzymujemy się na noc. Rano przez pół godziny szukamy moich butów, które zniknęły w nocy. Odnajduję je w końcu na wysypisku śmieci pod lasem, całe pogryzione przez miejscowe psy.

Kurajski step

Tak oto zaczynamy trzeci tydzień wędrówki. Przenosimy się w pasmo Kurajskie, mniej imponujące i niższe, lecz również piękne krajobrazowo. I tu punktem kulminacyjnym ma być przełęcz, na myśl o której robi nam się słabo. Docieramy do niej po dwóch dniach i o ile wejście nie sprawia nam problemów, to zejście mocno się przedłuża. Musimy schodzić po bardzo intensywnie osypującym się piargu, toteż schodzimy ostrożnie w odstępach czterdziestominutowych żeby nie zrzucać na siebie kamieni. Po zejściu robimy sobie dwudniowy biwak w pięknej scenerii na wysokości ok.2000 m n.p.m. Tu po raz pierwszy spada w nocy śnieg, to chyba znak, że najwyższa pora opuszczać góry. W czasie kolejnych paru dni trochę pada deszcz, przy okazji suszenia rzeczy przy ognisku topią się buty i nowy śpiwór Gruszki. Po tygodniu schodzimy do Aktaszu.

Aktasz po raz drugi

I znów lądujemy w barze Ajdyn, gdzie babuszka robi drugi interes roku. Znajomość z babuszką zacieśnia się tym razem i zostajemy zaproszeni na nocleg i banię - rosyjską saunę - do jej domu. Tu należą się wyjaśnienia, że cała sytuacja wydarzyła się prawdopodobnie dlatego, że babuszka była albo na kacu albo jeszcze pijana po zaręczynach córki poprzedniego dnia. Pani zachowywała się rzeczywiście dosyć dziwnie, przyniosła nam całą pościel jaką miała w domu, czyli kilkanaście materacy, poduszek i kołder, podczas rozpalania bani o mały włos nie puściła jej z dymem, cały czas przytulała nas i całowała, a wszystko zakończyło się tym, że jej siostra- równie zakręcona babuszka - wylała jej na nogi garnek wrzątku. Resztę czasu spędziliśmy więc na leczeniu naszej nowej znajomej Panthenolem.

Powrót

No i tak dobiegł końca nasz pobyt w Ałtaju. Umówionego dnia przyjechali po nas busiarze z Bijska i wróciliśmy do cywilizacji. Ałtaj opuszczaliśmy ze łzami w oczach, przeszczęśliwi i mimo różnych perypetii cali i zdrowi. Codziennie spotykały nas inne przygody, doświadczaliśmy wrażeń, jakich nikt z nas wcześniej nie doznał. Ogromna przestrzeń, wielkie góry i szmaragdowe potoki oraz bujna roślinność, poza tym niesamowita zmienność krajobrazów - od połoniny, przez lodowce, aż po step - to chyba najlepsza charakterystyka tych gór. Niestety, a może i na szczęście wszystko jednak mija i czas zacząć myśleć gdzie by tu wyruszyć za rok...

 


fot. Ania Skompska
Słoneczny poranek

fot. Ania Skompska
W dolinie rzeki Szawły

fot. Ania Skompska
Nad jeziorem Szawliłskim

fot. Ania Skompska
Biwak na wyspie

fot. Ania Skompska
Poranna ucieczka przed chmurami

fot. Ania Skompska
Ciekawe formyna lodowcu

fot. Ania Skompska
Podejście pod przełęcz Obyl-ojuk

fot. Ania Skompska
Kamienna lawina

fot. Ania Skompska
Widok na południe z przełęczy Obyl-ojuk

fot. Ania Skompska
Tak sobie pomagaliśmy

fot. Ania Skompska
Na polanie Kara - gem

fot. Ania Skompska
Turbaza na polanie Kara-gem

fot. Ania Skompska
Ałtajczyk Ajdar - gospodarz turbazy

fot. Ania Skompska
Połączenie dwóch potoków - jeden z czystą, drugi z brudną wodą

fot. Ania Skompska
My i nasz przewodnik Ajdar

fot. Ania Skompska
Kolorowe łąki w dolinie Taldury

fot. Ania Skompska
Pozostałości po zabudowaniach w dolinie Taldury

fot. Ania Skompska
Gruzawik z pijanym kierowcą

fot. Ania Skompska
Enigmatyczny Baltir

fot. Ania Skompska
Jedyna Jurta we wsi Baltir

fot. Ania Skompska
Kolorowy wystruj jurty

fot. Ania Skompska
Pomnik rosyjskiego gieroja

fot. Ania Skompska
Skaliste pasmo kurajskie

fot. Ania Skompska
Widok z przełęczy

fot. Ania Skompska
Ostatni poranek w górach

fot. Ania Skompska
Widok na grzbiet Siewieroczujski

fot. Ania Skompska
Ałtajska dziewuszka

fot. Ania Skompska
Typowe centrum wsi rosyjskiej

fot. Ania Skompska
Zadowoleni mieszkańcy wsi Kuraj

fot. Ania Skompska
Słynny pomnik w Bijsku (auto nie jest makietą)