fot. Damian Wójtowicz Pytanie to zadałem mniej więcej w maju zeszłego roku akademickiego dwóm niewiastom kryjącym się pod pseudonimami Kasia i Gosia. Oczywiście żadna z nich nie chciała przyznać: "Przemek, ale masz świetny pomysł!", więc odpowiedziały, że myślały o tym samym. No to było nas troje.

Czasem zastanawiam się, co sprawia, że wyjazd, już po powrocie uznam za udany... czy jest to cel podróży, stopień zrealizowania planu, ilość zobaczonych miejsc czy też ludzie i stworzona przez nich atmosfera. Faktem jest jednak, że tak naprawdę nie możemy tego ani zaplanować, ani przewidzieć, bo wtedy wyjazdy nie byłyby tak fascynujące... My wielokrotnie pozwalaliśmy toczyć się sprawom ich własnym torem i może dlatego wszystko tak doskonale się udało.

Dla tych, którzy mają niewiele czasu na czytanie......

 

20.02.2012 r. kilka minut po godz. 16 wszedłem na najwyższy poza Azją szczyt na Ziemi. Aconcagua 6962 m npm, najwyższy szczyt obu Ameryk, góra która nie jest trudna technicznie lecz jest wymagająca w zdobyciu ze względu na wysokość oraz zmienność pogody. Zanim zdobyliśmy tę górę czekaliśmy w bazie Plaza de Mulas (4400m) 5 dni na poprawę pogody. W końcu nie mając pewności jaka pogoda będzie w kolejnych dniach, ze względu na różne źródła meteorologiczne, zdecydowaliśmy się na akcję w górze i w ciągu 4 dni przenosząc się pomiędzy Plaza de Mulas ( 4400 m), Nido de Condores (5590m), Coleras (5970m) 20.02.2012 r po 12 godzinach ataku szczytowego i wzniesienia się o 1000m stanęliśmy na szczycie. Dla każdego z nas była to pierwsza i od razu zwycięska wyprawa. Każdy z nas był zdeterminowany, skoncentrowany i dobrze przygotowany aby zdobyć szczyt. Sprzyjało nam również szczęście oraz dobre prowadzenie Roberta Rozmusa, prezesa stowarzyszenia Annapurna, zdobywcy Korony Ziemi i wielu innych górskich szczytów oraz organizatora niezliczonych wypraw w różne części świata.

 

01Zazwyczaj, jako cel kolejnych podróży staram się wybierać miejsca, w których jak dotąd nie byłem. Wyjątek do tej pory zrobiłem tylko dla Meksyku, no i teraz - powrót w Apolobambę. Gdy człowiek wraca w miejsca, które już wcześniej odwiedził i ma związane z nimi wspomnienia, to oczekuje, że te wspomnienia tam odnajdzie. Zazwyczaj odnajduje rozczarowanie, bo miejsce okazuje się nie być już tak wspaniałe, bo już nie ma tam tych samych ludzi, których spotkał ostatnio, bo jest inaczej. Jak dotąd miałem szczęście do powrotów - w Meksyku było inaczej, ale nie gorzej...

img_2807.jpg Mija kolejna noc w podróży. Luksusowy autokar cichutko mknie po gładziutkim asfalcie, silnik monotonnie buczy usypiająco, jednak powoli się przebudzam. Jeszcze chwilkę walczę sam ze sobą by przespać parę minut ale nie daje rady. Otwieram oko, najpierw jedno, drugie już znacznie chętniej: widzę błękitną toń morza i fantastyczne góry, zielone, obfite w potoki, skaliste, po prostu piękne. Już bym wysiadł gdyby nie pozostali towarzysze podróży, nasz ogólny cel- Gruzja oraz nieprzebłagany „capitan of the bus", który nie chciał wypuścić nawet konającego z przepełnionego pęcherza Macieja. No nic, pomyślałem, ale jeszcze kiedyś tu wrócę.