Studentka socjologii na Uniwersytecie Warszawskim, lektorka języka angielskiego. Uwielbiam tenis, jeżdżę na nartach, w wolnych chwilach nie stronię oczywiście także od gór.

Pierwszy raz w górach byłam z rodzicami na nartach mając 3 lata. W dzieciństwie przyjeżdżałam często z mamą i siostrą, z reguły do Szczyrku lub na Kalatówki, później zaczęłam odwiedzać Tatry także w celach pozanarciarskich.  Zajmowałam się także wspinaczką na ściance i na skałkach, ale na kurs taternicki ostatecznie nie dotarłam.

Schodziłam całe Tatry i sporą część Beskidów. Szczególnym sentymentem darzę Dolinę Pięciu Stawów Polskich, schronisko przy Zielonym Stawie Kieżmarskim. Epizod narciarski zakończyłam dosyć dawno. Pewnego dnia doszłam do wniosku, że narciarstwo alpejskie tak naprawdę ma niewiele wspólnego z górami, jazda góra-dół przez cały dzień w kółko. Poczułam potrzebę zejścia z utartych szlaków, dlatego też zwrot ku narciarstwu turowemu.  Jeszcze w nieodległej przeszłości zdarzało mi się nagminnie brać udział w Rajdach Tatrzańskich- na nartach turowych. Wyjazdy organizowane przez oddział PTTK, jakkolwiek są piękną i słuszną ideą, ze względu na wielokrotnie przewyższającą mnie średnią wieku uczestników nie pochłonęły mnie towarzysko. Szukałam więc dalej, i tak na początku studiów trafiłam do Klubu, oczywiście poprzez kurs. Chciałam po prostu znaleźć ludzi, z którymi mogłabym sobie jeździć w góry, co mi się przednie udało.

W górach fascynuje mnie poczucie, że góry są niezmienne, są takie same, po jakich chodził mój dziadek, a ja jestem w nich tylko taką małą mróweczką, a moje problemy są przy nich takie ulotne. Wchodząc na górę zostawiam te swoje sprawy w jakiś sposób na dole.