pwitrowy1

Przygoda z górami

Bakcyla połknąłem w wieku 6 lat, kiedy to ojciec z okazji przerwy czerwcowej na Boże Ciało zabrał mnie w Tatry na 4 dni. Jak mi powiedział, że będziemy chodzić po górach strasznie byłem niezadowolony, bo na co to komu, ale siedziałem cicho, bo się przecie nie przyznam, że mi się nie chce. Pierwszego dnia poszliśmy w dolinę Chochołowską i na Grzesia, skąd uciekliśmy z powodu deszczu. Ojciec chyba się bał, że się przeziębię, a było strasznie fajnie, bo na błocie można się było ślizgać. Było też drapanie się po skałkach i inne atrakcje.

Jak widać od zawsze byłem skazany na góry, bo ten jeden dzień wystarczył. Byłem stracony dla świata. Rok później wlazłem na Szpiglasa, robiąc jednego dnia 28 km (będzie ze 40 GOTów). Staruszek wspominał, że puchłem niemiłosiernie, ale z zaciśniętymi zębami lazłem dalej. Ale dosyć zachwycania się nad kurduplowatym Przemusiem

Od tego czasu odwiedziłem w Polsce praktycznie wszystkie pasma, poza może drobnymi wyjątkami  w Sudetach. Poza tym trochę Słowacji (Tatry, Mała Fatra, Słowacki Raj), prawie wszystkie na Ukrainie, Fogarasze w Rumunii, Riła i Piryn  w Bułgarii, hiszpańskie Pireneje, liznąłem Kackar w Turcji. Poza tym odbyłem dwa trekkingi w Tien-szanie (w Kazachstanie i Kirgizji) i jeden w Pamiro-Ałaju (góry Fańskie w Tadżykistanie).

To co najważniejsze

W górach najbardziej lubię postoje. Najlepiej jak nie wieje i świeci słońce. I jak jest ładny widok. I noclegi w namiocie, i ogniska. Ogólnie to każdy przejaw górskiego lenistwa. Problem jest taki, że bez wysiłku nie docenia się tego lenistwa. Wręcz im większy wysiłek, tym większa radość z lenistwa.

Uwielbiam też walkę z samym sobą. Kiedy jest ciężko i trzeba przezwyciężać słabości. Np. jak brakuje wody, masz sraczkę, kręci ci się w głowie od wysokości i ogólnie jest do dupy, jednocześnie odczuwa się dwie skrajności. Z jednej strony jest ohydnie, z drugiej zaś ta walka jest cudowna. Albo w zimie w głębokim śniegu daleko od cywilizacji. Kiedyś traktowałem to jako walkę z górami. Dziś uważam, że z górami nie można walczyć, bo zawsze mogą cię załatwić. A że akurat były na tyle łaskawe i nie kazały zawrócić, to twoje szczęście. Można jedynie walczyć ze sobą. No i jeszcze uwielbiam świadomość, że znajduję się w miejscu, gdzie mało kto dociera.

Przygoda z SKG

Tak więc jako skazany na góry stałem się też poniekąd skazany na SKG. Wszystko zaczęło się we wrześniu 2002 roku, kiedy Wiesiek Kaczmarczyk zorganizował wystawę fotograficzną w BUWie. Stało tam kilka tablic, i każda z nich to były zdjęcia innej osoby z wypraw tych dalszych. Każdorazowo był to klubowy przewodnik. Ogólnie odjazd. Wcześniej miałem w sobie blokadę. Z jednej strony chciałbym tak podróżować, z drugiej to na pewno jest przeznaczone dla wybrańców losu i z pewnością nie byłbym w stanie czegoś takiego doprowadzić do skutku, choć wcale nie wiedziałem czemu. Typowy strach przed nieznanym. A tu proszę bardzo. Normalni ludzie poszli sobie do SKG (o którym wcześniej troszeczkę słyszałem, ale raczej tyle, że to wyczynowcy i koniec), zrobili jakiś tam kurs i świat stanął przed nimi otworem. Oczywiście było to tendencyjne, bo przecież nie trzeba robić kursu, żeby zwiedzać świat, ale nie ma to znaczenia teraz. Stałem w każdym razie jak zaczarowany, a wieczorem odpaliłem stronkę klubu. Zacząłem czytać, oglądać zdjęcia... Poszedłem spać o piątej rano. Tydzień później zapisałem się na kurs. I od tego czasu klubowicze muszą wytrzymywać mojego ryja. Faktem jest, że był to dla mnie świetny moment, gdyż akurat mniej więcej od roku nie miałem z kim chodzić po górach. Z harcerstwa wyrosłem, a kumple zajęli się innymi rzeczami. No i proszę. Wyjazdy na kolejny rok miałem z góry zaplanowane.

Za co cenię Klub

To, co lubię w Klubie najogólniej sprowadza się do dwóch podstawowych rzeczy:  po pierwsze jest z kim jeździć. Taki jest chyba ogólnie cel organizowania tego typu stowarzyszeń - żeby ludzie o tych samych zainteresowaniach skupiali się w celu lepszej ich realizacji. No i SKG świetnie tę kwestie realizuje. Jeżeli mam ochotę pojechać w góry, to nie wyobrażam sobie, że nie znaleźli by się chętni na wypad. Jak planuję wyprawę, to mam z kim o tym myśleć. Po drugie ludzie sami w sobie. Czyli spotkania na co dzień ze znajomymi z klubu. Turystyka górska to hobby bardzo mocno oddziałujące na psychikę człowieka, stanowi to o jej wyjątkowości. Chodzi mi o to, że ludzie chodzący po górach, mimo, że są kompletnie inni, to są tacy sami. Są ukształtowani przez góry i to widać na codzień. Mają podobny stosunek do codzienności, do innych ludzi, do samych siebie, do życia. Trudno to opisać, to się po prostu czuje. I właśnie dlatego tak się do siebie zbliżamy. I dlatego ludzie z klubu są dla mnie tacy ważni. Oni myślą tak jak ja. Rozumieją mnie, a ja ich. I właśnie dlatego przez 8 lat nie opuściłem żadnej środy klubowej, jeżeli tylko miałem taką możliwość.

To, o czym teraz piszę świetnie widać po "matrymonializacyjnej" części życia klubowego. Większość z nas się z tego nabija, a jest to bardzo ważny element życia klubu. Po prostu skoro myślimy tak samo i jesteśmy różnych płci, to pasujemy do siebie. Od czasu jak jestem w klubie, nie miałem żadnej dziewczyny spoza naszych kręgów. I już tak zostanie, gdyż usidliła mnie na stałe Karusia. Będziemy zatem płodzić zgraję przewodników górskich. Pierwszy już macha intensywnie nogami, a na Bazuni odbył z powodzeniem swój chrzest namiotowy, więc sie raczej nadaje.

No i jeszcze jedna rzecz. Marzyłem o niej od dawna, a ostatnio udaje mi się ją realizować: chodzi o dzielenie się wiedzą i umiejętnościami górskimi z innymi ludźmi. Głównie chodzi oczywiście o kurs przewodnicki, ale nie tylko. Kiedyś ktoś mi przekazał wiedzę, pasję, umiejętności, siłę. Począwszy od Ojca, przez starszych znajomych z harcerstwa, przypadkowych ludzi na szlaku, instruktorów. Tak było i tak nadal jest. Piękną rzeczą jest przekazywanie swej największej pasji innym. Może oni dzięki temu będą mogli odczuć to samo co ja. Jeżeli tak, to warto.

pwitrowy2

Miejsca

W przyszłości chciałbym po prostu dalej jeździć w góry. Najlepiej daleko i najlepiej intensywnie. Nie ma konkretnego szczytu czy doliny, o którym bym marzył szczególnie, choć oczywiście jest kilka celów, o których myślę, które chciałbym zrealizować, ale marzeniem jest samo wyjeżdżanie. Pewnie też dlatego nie mam ulubionych gór. Za mało ich widziałem, biorąc pod uwagę, ile ich jest na świecie. Fajnie było w Tien-szanie na lodowcach, fajnie jest w Tatrach i Bieszczadach. Wszędzie jest to coś, co akurat tam lubię. Wydaje mi się, że nie umiem porównywać gór. Każde są inne i nieporównywalne. Za to zdecydowanie umiem wskazać to najcudowniejsze miejsce. Mianowicie jest to dolina jezior Kulikalon w Pamiro-Ałaju. W jednej dolinie jest wszystko. Kiedy do niej zeszliśmy najpierw była olbrzymia, idealnie płaska łąka z tak soczyście zieloną trawą, że się w głowie nie mieści. Za nią pas wydm z pojedyńczymi suchymi drzewami, trochę jakby na sawannie. Za nimi jeziora. Duże i małe, płytkie i głębokie. Te głębokie w kolorze granatu, te płytkie błękitne z lagunowymi zatoczkami i ciepłą wodą!!! A wszystko otoczone tysiącmetrowymi ścianami skalnymi i lodowcami. Jakby wszystkie piękności świata w pigułce. Za to z takich bliższych miejsc mogę na pewno wymienić dolinę Pańszczycy w Tatrach, Babią Górę i oczywiście naszą Bazunię w Podwilku.