tyt.jpg Bywa tak, że przez kilka miesięcy kręcimy się wśród tych samych lub bardzo podobnych spraw, ludzi, radości i smutków. Wszystko znane, oswojone, drogie wprawdzie, ale z każdym zaspanym porankiem czujesz coraz bardziej, że trzeba coś tu zmienić. Coś w tobie domaga się nowości, przyśpieszonego bicia serca, niepewności, nieprzewidywalności... I nagle... nagle wszystko zaczyna wyglądać inaczej, słońce świeci mocniej, lodowaty normalnie (czyt. w czasie pobytu w wygodnym domowym zaciszu) płynący wartko strumień nie wydaje się już wcale taki zimny a mały czerwony budzik przemienia się nagle w faceta w polarze tego samego koloru, który co rano z niegasnącym zapałem i uporem krzyczy: pobudka !!!

tyt.jpg Nasza droga do bycia przewodnikiem Studenckiego Klubu Górskiego zaczęła się tak na dobre pewnej październikowej nocy gdzieś w krzalu jednego z mazowieckich kompleksów leśnych, gdy błądziliśmy w poszukiwaniu kartek porozwieszanych na drzewach. Jej kraniec ujrzeliśmy ponad rok później na Dworcu Centralnym, gdy powiedzieliśmy "dziękujemy" uczestnikom Rajdu Andrzejkowego w Beskid Niski.

Rajd Mikołajkowy 2003 Jeszcze do niedawna Studencki Klub Górski znałam wyłącznie z mrożących krew w żyłach opowieści znajomych, którzy odważyli się robić kurs przewodnicki w SKG. Wyjazdy z założenia dla wytrwałych bohaterów, którzy nie potrzebują snu, a jeśli już to cieszą się ze spania w dziurawym szałasie, prawie nie jedzą, a jeśli już to dziwne brejki i to z wiadra(!!!) i na dodatek nad ranem, a nie w porze obiadu. Gdy Marek zaczął zapraszać na swój Rajd Mikołajkowy - rozwiewał moje wątpliwości obiecując fajną trasę (że niby ja też dam radę i po szlakach, a nie krzalach i jarach), obiecywał nocleg w ogrzewanym schronisku (a to zima), dużo jedzeniach w porach posiłków (niektóre robione przez profesjonalistów), ale tak na prawdę to przekonała mnie obiecana wizyta Mikołaja i pewność, że każdy(!) dostanie prezent (czyli ja też). Odważyłam się więc pojechać na swój pierwszy wyjazd z SKG.

JKlub w komplecieedziemy na królową Beskidów! - gromki okrzyk przerwał sylwestrowy hałas. Pomysł został błyskawicznie przechwycony przez żądnych wrażeń kursantów, zadeklarowało się nawet kilka osób. W efekcie pojechały cztery (cóż, studia nie radość, od czasu do czasu występuje coś, co potocznie nazywa się sesją; niektórzy się nawet do niej przygotowują). Po wstępnym rekonesansie (Michale, chwała Ci za to!) i tysiącu telefonów do siebie z pytaniem, czy my naprawdę jesteśmy normalni, spotkaliśmy się na dworcu. Sowa od razu zorganizował nam czas proponując grę pod tytułem: "gdzie jest mój bilet?". Poszukiwania nie były długie, ale trzeba przyznać, że bardzo intensywne. No i niezwykle scementowały grupę. No cóż, początki bywają trudne, ale zrażać się nie należy.

poczatekPod koniec sierpnia 2000 roku wybraliśmy się z Magdą na Dolny Śląsk. Mieliśmy w planach dużo zwiedzania, gdyż rejony te obfitują we wszelkiego rodzaju zabytki i osobliwości. Naszym celem był obszar Sudetów Środkowych zamykający się w trójkącie: Wałbrzych - Walim - Adrspach (Czechy).