Góry Złote, Bialskie, Masyw Śnieżnika, Góry Stołowe. Odkrywamy Sudety mapa2am

Trzy dni długiego weekendu na przełomie kwietnia i maja postanowiliśmy spędzić we wschodnim rejonie Kotliny Kłodzkiej. Wszyscy trzej: ja, Radek i Michał mieliśmy już dość szarych ulic Warszawy, potrzebowaliśmy jakiejś odmiany.

Interesowały mnie nie tylko góry. Po lekturze przewodnika oraz tematycznych stron internetowych, zapragnąłem zwiedzić zamek Księżnej Marianny Orańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim, kopalnię złota w Złotym Stoku, Lądek Zdrój a także Jaskinię Niedźwiedzią w Kletnie u podnóża Masywu Śnieżnika. Udało mi się do tego zachęcić kolegów.

 

wej1amOd tygodnia chodziłyśmy z myślą o wyjeździe w góry. W środku krzyczało nam coś: "RUSZCIE SIĘ WRESZCIE DZIEWCZYNY!". No dobrze, ale coś trzeba zaplanować. Wybrać trasę i bacznie obserwować prognozę pogody, co miało dla nas ogromne znaczenie. Po kilku rozmowach z Magdą, skreśliłyśmy z listy Tatry, ze względu na warunki pogodowe. Nie chciałyśmy też jechać w Beskidy. Wybór nie był już tak trudny. Karkonosze same wyłoniły się nam na pierwszy plan.

 

obrmHowerla (2058 m n.p.m.) to najwyższy szczyt Czarnohory, pasma górskiego leżącego w Karpatach Wschodnich. Przez stulecia stanowiło ono naturalną granicę pomiędzy Rzeczpospolitą a Królestwem Węgierskim. Dziś nie trzeba reklamować tego miejsca, ponieważ polskich turystów nie brakuje na czarnohorskim szlaku. Również ja dałam się oczarować tymi górami, które pokazały mi się w pełnej krasie. Trafiłam na pogodę wymarzoną do wędrówki. Chłonęłam widoki starając się jak najwięcej zachować w pamięci. Choć często wracam myślami w tamte strony, to jedna rzecz tak naprawdę wryła mi się mocno w pamięć. Cień Howerli! Niby nic wielkiego a jednak patrzyłam na to jak na niebanalne zjawisko. Było w tym coś urzekającego a zarazem tak oczywistego. W końcu to tylko cień.

 

Wieczór sylwestrowy Jak co roku zbliżał się sylwester. Postanowiliśmy spędzić go oryginalnie, nie na sali balowej, nie na zwykłej imprezie, ale tak jak na członków klubu górskiego przystało w górach. Nie chcieliśmy jednak jechać znowu w Beskidy, w Tatry czy na Słowację, gdzie byliśmy rok temu. To musiało być coś egzotyczniejszego. Patrząc w atlas, przeglądając różne mapy, nasze oczy zwróciły się ku Ukrainie i najwyższemu szczytowi w Czarnohorze a mianowicie Howerli (2062 m npm.). "Może by spróbować zdobyć Howerlę zimą?", zastanawialiśmy się wspólnie. Nikt z nas tam nie był o tej porze roku, więc miała to być podróż w nieznane. Na początku grono uczestników było całkiem spore, ale jak to zwykle bywa do dnia wyjazdu dotrwała tylko najodważniejsza piątka klubowiczów:

Rafał (Fazi), Gosia, Paweł (Książę), Marcin (Szymer) i Ania. Reszta przestraszyła się srogiej zimy i spartańskich warunków, jakie nas czekały.

fot. Paweł Kucharski Około godziny 22 pod informacją na Dworcu Wschodnim w Warszawie zaczynają pojawiać się pierwsi chętni. Z czasem tłum narasta, a wszyscy kierują swoje myśli ku południu Polski i tamtejszym górom. Ja celuję w Beskid Wyspowy, teren rozciągający się powyżej pasma Gorców, pomiędzy miejscowościami Limanowa, Mszana Dolna, Jordanów. Grupa ponad 15 osób, w tym dwóch rowerzystów, zajmuje przedziały pociągu, a usadowiwszy się "wygodnie" zasypia w otoczeniu garnków i rowerów, przybierając pozycje płodowe i im podobne. Wyruszamy o 22:55, zaś w Chabówce jesteśmy o 7:20, po już tradycyjnym opóźnieniu PKP. Dzielimy się na dwa zespoły.